Muzyka wypełniała i wypełnia przestrzeń moich inspiracji.
Poniżej dzielę się utworami, kompozycjami i piosenkami, które były dla mnie ważne na mojej ścieżce i które towarzyszyły zmianom mojej świadomości.
Muzyka pozwalała mi odkrywać rzeczy istotne — dopełniała przestrzeń obrazów i słów, uruchamiała i wspomagała aktywację szerokiego zakresu odczuwania. Przede wszystkim jednak budowała i pogłębiała moją wrażliwość na to, czego doświadczam w moim istnieniu — zarówno w życiu, jak i w samym słuchaniu.
Muzyka pomagała mi ugruntować się w tu i teraz, pogłębiała obecność i kontakt z tym, co żywe.
Dlatego właśnie tutaj dzielę się utworami, które były dla mnie szczególnie ważne.
Zajrzyj, posłuchaj — być może któryś z nich okaże się ważny również dla Ciebie, tak jak był dla mnie.
To nie jest strona o muzyce — to jest miejsce, w którym muzyka pracuje dalej w ludziach...
Johann Sebastian Bach - Goldberg Variations, BWV 988
wykonanie Glenn Gould (1955)
![]() |
|
Są takie utwory, których nie potrafię w pełni opisać słowami, a jednak wiem z absolutną pewnością, że są dla mnie niezwykłe i fundamentalnie ważne. Do takich doświadczeń należą Wariacje Goldbergowskie Bacha w wykonaniu Glenna Goulda – szczególnie nagranie z 1955 roku.
Za każdym razem, gdy słucham tego wykonania, doświadczam czystej, niczym niezmąconej radości istnienia. Nie jest to radość emocjonalna ani euforia – raczej esencja radości, która pojawia się bez powodu, bez narracji i bez warunków. Jest w niej lekkość, świeżość i otwartość, które przypominają energię młodości: stan, w którym wszystko jest możliwe, a wyobraźnia nie zna ograniczeń.
To wykonanie Glenna Goulda działa na mnie jak przekroczenie wszelkich granic – technicznych, emocjonalnych, mentalnych. Jest w nim coś absolutnie wolnego, a jednocześnie niezwykle precyzyjnego. Jakby świadomość mogła na chwilę unieść się ponad wszystkie struktury, role i ograniczenia, i po prostu być.
Za każdym razem, gdy wracam do tych Wariacji, mam wrażenie, że dotykam stanu, który nie jest konstruktem umysłu, lecz realnym doświadczeniem. A skoro mogłem go doświadczyć – to znaczy, że on istnieje. I to jest dla mnie wystarczające.
To jedna z tych muzycznych przestrzeni, do których nie trzeba nic dodawać ani nic z nich rozumieć. Wystarczy słuchać – i pozwolić, by radość zrobiła swoje.
Wolfgang Amadeus Mozart – Requiem d-moll, KV 626
James Gaffigan, Orchestre National de France
& Chœur de Radio France (2017)
![]() |
|
Długo zastanawiałem się, czy nie umieścić tego utworu jako pierwszego. Ostatecznie nie ma to większego znaczenia. To jedno z najbardziej poruszających wykonań Requiem Mozarta, jakie kiedykolwiek słyszałem – i bez wahania mogę powiedzieć, że przewyższa wszystko, z czym spotkałem się wcześniej.
To wykonanie i interpretacja Requiem są dla mnie absolutnie niezwykłe. Za każdym razem, gdy go słucham, wzruszam się głęboko i zadaję sobie pytanie: co właściwie mnie tak porusza?
Jego przenikliwość. To, że ten utwór mnie przenika – jakby miał cudowną moc wypełniania mnie od środka, napełniania i obejmowania.
I wtedy pojawia się kolejne pytanie: czym mnie napełnia?
Najwyższą formą uczuć.
Najwyższą formą świadomości.
Świadomością urzeczywistnienia.
Coraz wyraźniej czuję, że jest to doświadczenie przekroczenia wszelkich ograniczeń – domknięcia swojej ścieżki, doświadczenia pełni istnienia, oświecenia i jedności ze wszystkim, co posiada świadomość. To doświadczenie pełnego życia: wszystkich trudów, radości, prób, ciemności i światła.
To jak domknięcie ogromnego koła w procesie istnienia.
Nie oznacza ono końca – oznacza osiągnięcie stanu świadomości na niezwykłym, rzadko dostępnym poziomie. Poziomie, który przenika miłość, mądrość, sens istnienia i głębokie wzruszenie samym faktem bycia.
Mam wrażenie, że to muzyczna ilustracja całej mojej drogi. Od początku do „końca”, którego nie ma. Przejście przez wszystkie etapy, wszystkie największe trudności, wszystkie radości i wszystkie stany świadomości pełnej kreacji istnienia.
Nie potrafię wyrazić tego lepiej.
Zachęcam do wysłuchania tego Requiem w skupieniu i samotności.
Gelido in ogni vena – Philippe Jaroussky,
aria z opery Il Siroe
![]() |
|
Są głosy, które nie tylko się słyszy, ale które przenikają.
Głos Philippe’a Jaroussky’ego należy dla mnie do tej kategorii. Za każdym razem, gdy go słucham, dzieje się we mnie coś niepodrabialnego — coś, co trudno nazwać emocją, a co jest raczej stanem świadomości.
Szczególnie porusza mnie aria Gelido in ogni vena z opery Il Siroe. To nie jest „piękna” aria w klasycznym sensie. To utwór graniczny. Przenikliwy. Prawdziwy. Jego puls — niemal jak nieubłagane bicie serca — prowadzi słuchacza w przestrzeń, w której nie ma ucieczki w narrację ani w formę. Jest tylko doświadczenie.
To, co mnie w tym wykonaniu porusza najmocniej, to fakt, że Jaroussky nie gra emocji. On ich nie demonstruje, nie podbija, nie estetyzuje. On po prostu jest w tej przestrzeni. Jego głos nie naciska dźwięku — raczej go odsłania. Jest zawieszony pomiędzy światami, pomiędzy rejestrami, pomiędzy znanym i nienazwanym.
Kontrtenor jako głos zawsze był dla mnie czymś wyjątkowym. Przekracza biologiczne i kulturowe oczekiwania, a przez to naturalnie prowadzi poza schemat. W tym przypadku jest to głos, który niesie ból bez histerii, dramat bez patosu i prawdę bez potrzeby jej tłumaczenia.
Słuchając tej arii, doświadczam czegoś bardzo podobnego do tego, co pojawia się przy Requiem Mozarta — wypełnienia, które nie zalewa, i przenikania, które nie narusza. To muzyka, która nie domaga się uwagi. Ona ją naturalnie otrzymuje.
Pierwszy raz usłyszałem to wykonanie całkowicie przypadkowo. Włączyłem radio, którego właściwie nigdy nie słucham. Nie szukałem tej muzyki, nie wiedziałem, co za chwilę zabrzmi. Słuchałem jednak tak intensywnie, że musiałem się zatrzymać. Przerwać to, co robiłem. Zostać w bezruchu i słuchać. To było jedno z tych doświadczeń, w których muzyka nie jest tłem ani wyborem — jest momentem, który sam się wydarza. I właśnie takie chwile są dla mnie najprawdziwszym potwierdzeniem, że to, co porusza mnie najgłębiej, przychodzi wtedy, gdy nie ma już intencji szukania.
To jedno z tych wykonań, do których wracam nie po to, by coś zrozumieć, lecz po to, by pozostać w obecności. W skupieniu.
Najlepiej w samotności.
No More Tears - Ozzy Osbourne
![]() |
|
No More Tears – moment, w którym naprawdę nie ma już łez
Są płyty, które towarzyszą nam latami, ale dopiero w jednym konkretnym momencie ujawniają swój prawdziwy sens.
Dla mnie taką płytą okazało się No More Tears Ozzy Osbourne, a zwłaszcza utwór No More Tears.
Słuchałem tej piosenki przez wiele lat. Zawsze mnie przyciągała – intensywnością, ciężarem, emocją, czymś trudnym do nazwania. Wczoraj zrozumiałem, dlaczego.
Przy głośno puszczonym No More Tears wydarzyło się we mnie pożegnanie. Ostateczne. Uwolniłem aspekt, który przez długi czas był ze mną sklejony – wewnętrznego „nieszczęśnika”: głos ciężaru, smutku, pesymizmu, żalu, a nawet złości. Ten moment nie był analizą ani terapią. Po prostu odszedł.
Ta piosenka stała się dla mnie symbolem przejścia.
Nie walki, nie dramatycznego oczyszczania, ale realnego odklejenia się od starej tożsamości, która przewidywała nieszczęście i widziała świat w ciemnych barwach. No more tears przestało być tytułem – stało się faktem.
Dziś wiem, że ta muzyka była ze mną tak długo, ponieważ czekała na właściwy moment. Na chwilę, w której znaczenie dogoni doświadczenie.
To jeden z tych rzadkich momentów, gdy muzyka nie tylko towarzyszy procesowi – ale jest jego kluczowym znakiem.
Miles Davis – In a Silent Way (1969)
![]() |
|
„In a Silent Way” jest dla mnie manifestacją wolności w czystej formie. Wolności wyrażania siebie bez potrzeby dopasowywania się do oczekiwań, schematów czy definicji tego, co „powinno” brzmieć dobrze.
Miles Davis jest dla mnie symbolem tej wolności.
Muzykiem i człowiekiem, który szedł swoją drogą. Niezależnym. Nie zawsze rozumianym. Często wyprzedzającym swoje czasy. A jednocześnie głęboko osadzonym w tym, co prawdziwe. To, co najbardziej mnie porusza, to fakt, że ta muzyka łączy dwa pozornie wykluczające się światy:
z jednej strony — eksplorację, wychodzenie poza formę, przekraczanie granic,
z drugiej — głęboką harmonię, spójność i rytm, który wszystko utrzymuje.
To nie jest przypadkowe. To jest świadome.
I właśnie dlatego ta muzyka zostaje.
Dziś nie wyobrażam sobie mojego życia bez muzyki Milesa Davisa. Wracam do niej nie tylko jako słuchacz, ale jako twórca. Jako ktoś, kto również szuka własnej ekspresji, własnego brzmienia, własnej drogi. Jeśli czujesz, że muzyka może być czymś więcej niż tylko dźwiękiem — warto sięgnąć po ten album. Nie po to, żeby go zrozumieć.
Tylko po to, żeby go poczuć.
I może… pozwolić sobie na więcej wolności w swojej własnej muzyce i w swoim własnym życiu.
Legenda - ARMIA
![]() |
|
„Legenda” zespołu Armia to dla mnie jedna z tych płyt, które nie tylko się słucha — ale które się przeżywa.
Choć album ukazał się w 1991 roku, jego korzenie sięgają znacznie głębiej — do czasu stanu wojennego w Polsce. Do przestrzeni, w której było mało światła, mało nadziei i dużo ograniczeń narzucanych z zewnątrz. I właśnie w tej przestrzeni powstało coś niezwykłego.
Dla mnie „Legenda” to muzyka mocy.
Nie w sensie siły przeciwko czemuś, ale w sensie przypomnienia sobie tego, kim naprawdę jesteśmy.
Ta muzyka ma w sobie coś, co podnosi.
Co budzi.
Co nie pozwala zasnąć w narzuconych schematach.
Kiedy jej słucham, czuję bardzo wyraźnie: to nie jest tylko ekspresja artystyczna.
To jest wezwanie do wewnętrznej wolności.
Nie wiem, czy taka była intencja twórców. Ale dla mnie ta płyta robi coś bardzo konkretnego:
przywraca kontakt z własnym światłem.
Z miejscem w człowieku, które nie podlega żadnej władzy. Żadnemu systemowi. Żadnej narracji. I właśnie dlatego ta muzyka jest dla mnie tak ważna. Bo przypomina mi coś bardzo prostego i jednocześnie fundamentalnego:
nikogo nie da się zniewolić, jeśli nie wyrazi na to zgody.
Ta zgoda — albo jej brak — nie jest decyzją polityczną.
To jest decyzja wewnętrzna.
I „Legenda” pomaga mi wracać do tego miejsca, w którym ta decyzja jest jasna. To muzyka, która pozwala wyjść ponad to, co zewnętrzne: ponad ograniczenia, ponad lęk, ponad narzucone ramy.
Ale nie przez ucieczkę.
Przez przypomnienie sobie swojej prawdziwej natury.
Dlatego wracam do tej płyty. Nie tylko jako słuchacz. Ale jako człowiek, który czasem potrzebuje przypomnieć sobie, że wolność nie jest czymś, co ktoś może mi dać albo odebrać. Ona jest we mnie.
I zawsze była.










































