
Bardzo fajny obrazek powyżej. Jak widzisz, jest ze mną ten pirat. A może to właściwie ja — tak, jakim się czuję — pirat tej rzeczywistości. Inspiracja przyszła od Crimson Circle, od Adamusa. I jest trafna. Czuję się piratem. Niedługo uszyję sobie taki surdut. O to właśnie chodziło.
I widzę to bardzo wyraźnie: to nie jest „jakiś pirat”. To jestem ja — w tej jakości, w której teraz jestem.
Piractwo, o którym mówię, nie ma nic wspólnego z buntem dla buntu ani z walką ze światem. To suwerenność bez potrzeby uzasadniania i uzyskiwania akceptacji innych. To poruszanie się poza mapami, ale z pełną świadomością kierunku. Branie tego, co rezonuje, i zostawianie reszty bez poczucia winy. To radość z wolności, a nie z ucieczki.
Surdut nie jest kostiumem. Jest ucieleśnieniem. Ciało lubi, gdy forma dogania stan świadomości. Wtedy wszystko się domyka: gest, postawa, sposób chodzenia, mówienia, bycia. Ten pirat nie walczy z systemem. Nie musi nikogo przekonywać. Nie szuka pozwolenia. Nie udowadnia, że „ma rację”. On po prostu płynie swoim kursem. I to nie jest rola na chwilę — to archetyp, który już we mnie był. Teraz tylko wyszedł na powierzchnię i dostał twarz.
Bycie piratem to modus vivendi. Sposób istnienia, który otwiera się na prawdziwą radość: na sensualność doświadczenia, na kontakt ze światem, na odkrywanie tego, kim jestem. To również podążanie własną ścieżką. Piraci rzadko się spotykają — bo każdy płynie innym kursem. Nie tworzą stad. Nie potrzebują potwierdzenia. Ale kiedy już się spotykają, rozpoznanie jest natychmiastowe. Bez słów. Jedno spojrzenie, jeden uśmiech i wiadomo: „Aha. Ty też. Dobrze. Płyń dalej.”
Bycie piratem to także pełne otwarcie. Zdjęcie wszystkich barier, które ograniczały ciekawość, kontakt i odkrywanie. Usunięcie przekonań. Programów społecznych. Uwarunkowań karmicznych. Wszystkiego, co było formą ograniczenia na drodze do siebie samego. To zdjęcie filtrów, przez które patrzyłem na świat nie swoimi oczami. Powrót do bezpośredniego kontaktu — z ludźmi, z doświadczeniem, z ciałem, z emocją. Zgoda na odkrywanie bez celu, bo prawdziwe odkrycia nie znają planu. Opuszczenie nawet tych przekonań, które wydawały się „duchowe”, „rozwojowe”, „słuszne”.
W tym sensie pirat wychodzi poza narrację długu. Przestaje być wędrowcem naprawiającym przeszłość. Nie odrabia lekcji. Nie „czyści”. Nie kompensuje. Nie dlatego, że wszystko przerobił, lecz dlatego, że rozpoznał, iż nigdy nie był winien. W tym miejscu ciekawość wraca jako naturalny ruch świadomości. Kontakt staje się prosty. Odkrywanie przestaje służyć „rozwojowi”, a zaczyna służyć radości istnienia. Zostaje jedno pytanie — nie filozoficzne, lecz żywe:
Co dziś chcę poczuć, zobaczyć, dotknąć, stworzyć?
Jednym z kluczowych elementów drogi pirata jest także odkrywanie, co jest iluzją, a co jest prawdą. Czasem przychodzi to jak nagłe olśnienie, innym razem dojrzewa w czasie i doświadczeniu. Bywa wyzwaniem, bo iluzje potrafią być wygodne i oswojone. Udają bezpieczeństwo, sens, tożsamość. Ale pirat nie zatrzymuje się na pozorach. Patrzy głębiej. Pyta. Sprawdza. Czuje. I za każdym razem, gdy iluzja opada, pojawia się to samo doświadczenie: poczucie prawdziwej wolności — ciche, stabilne, wewnętrzne.
Piractwo jest drogą pełną wyzwań. I to nie dodatek do tej ścieżki, lecz jej naturalna struktura. To droga przechodzenia przez fale, próby i momenty, w których Stary Świat jeszcze sprawdza, czy ma do mnie dostęp. To proces odkrywania, jaki jest naprawdę mój szlak i dokąd chcę płynąć. Nie tam, gdzie wypada. Nie tam, gdzie prowadzą cudze mapy. Tylko tam, gdzie woła moja prawda.
Jednym z wyzwań jest życie w świecie struktur i władzy, które próbują regulować wolność. Nie biorę tego osobiście. To tarcie dwóch porządków: kontroli i suwerenności. Pirat nie jest przewidywalny. Nie reaguje według algorytmu. Dlatego fale Starego Świata nie przewracają statku — tylko go obmywają.
Innym wyzwaniem są relacje. Pirat rzadko ma przyjaciół w klasycznym sensie, bo relacje oparte na programach i przynależności rozpadają się. Zostają spotkania ścieżek, bliskości chwilowe, rezonanse bez zobowiązań. I zostają przyjaciele z innego brzegu — mistrzowie, których spotykam na swojej drodze. Nie dlatego, że mnie potrzebują, lecz dlatego, że rozpoznają mnie jako równego w suwerenności.
Piractwo to również droga miłości. Miłości do samego siebie — co bywa wyzwaniem, bo oznacza wyjście z dawnych ocen i nieufności. I miłości do całej rzeczywistości: do mórz, sztormów, statków, a nawet do tych, którzy próbują pirata schwytać i ukarać. Nie dlatego, że trzeba ich usprawiedliwiać, lecz dlatego, że w dojrzałej świadomości widać, iż są elementami tej samej gry iluzji. A z drugiej strony — wiadomo — wszystko to są tylko figury narracyjne.
Moje piractwo zaczęło się w momencie przebudzenia. Chciałem pisać o przebudzeniu, a przyszło piractwo. I zrozumiałem, że to jedno i to samo. Przebudzenie inicjuje. Piractwo ucieleśnia. Były momenty gwałtowne, pełne walki z rzeczywistością. Im bardziej walczyłem, tym więcej traciłem. To było lustro. Przełom przyszedł, gdy przestałem walczyć i w pełni zaakceptowałem to, gdzie jestem. Akceptacja nie jest poddaniem — jest uznaniem punktu startu. Wtedy pirat przestaje być wojownikiem i staje się nawigatorem.
Dlaczego tak lubię piractwo? Bo pozwala mi doświadczać życia takim, jakie jest — każdego dnia inaczej, bez scenariusza. Wchodzę w dzień z zainteresowaniem, pasją i determinacją. Nigdy nie zejdę już z tej ścieżki. Doświadczam piękna. Ale przede wszystkim doświadczam prawdziwej wolności i suwerenności.
Jako pirat decyduję o sobie. Nie da się mną sterować strachem, obietnicą ani tożsamością zbiorową. Żaden rząd, ustrój, kosmiczna cywilizacja czy Darth Vader nie mają nade mną władzy. Nie dlatego, że jestem silniejszy, lecz dlatego, że nie jestem już dostępny dla zniewolenia.
Piractwo nie obiecuje przyszłości. Piractwo oddaje teraźniejszość. Życie przestaje być projektem, a staje się przygodą świadomości. Surdut nie jest kostiumem — jest znakiem ucieleśnienia. Od tej chwili nie „gram pirata”. Jestem nim.
Jeśli kogokolwiek mogę zachęcić, to tylko w jednym sensie: do doświadczenia suwerenności i miłości bez wroga. Zaproszenie jest proste: jeśli jesteś gotowy, spróbuj nałożyć swój własny surdut piracki. Kto jest gotowy — i tak poczuje. Kto nie — przejdzie obok.
Ja już nie przechodzę obok.
Jestem piratem.



































