
To chyba jeden z najważniejszych tekstów na tej stronie.
Moją intencją jest pokazanie, podzielenie się tym, co mam do pokazania, z tymi, których to zainteresuje i którzy będą na to gotowi.
Ra jeszcze powtarzam: moją intencją jest pokazanie tego, co nazywam moim przebudzeniem — z mojej dzisiejszej, obecnej perspektywy.
Dzisiejsza perspektywa pozwala mi zobaczyć to, co wówczas się wydarzyło ze mną i u mnie, z lotu ptaka. Daje możliwość zastosowania pewnych uogólnień, które pokazują ten obraz z większej wysokości, co z kolei może pomóc umysłom czytających te słowa lepiej je zrozumieć i pełniej dotrzeć do tego, co chcę wyrazić. Czuję, że i tak nie będzie to wyczerpujące. Dlatego moją intencją nie jest nauczanie, lecz stworzenie potencjału, który może zostać wykorzystany jako inspiracja.
Czym jest przebudzenie
Każdy poważny tekst rozpoczyna się próbą zdefiniowania, określenia, czym jest przebudzenie. Ja odpowiedziałbym na to pytanie w ten sposób: u mnie przebudzenie — jak już wspomniałem wcześniej — było prawdziwym odrodzeniem. Było czymś, co najtrafniej mogę nazwać eksplozją świadomości.
To przebudzenie, to, co się wydarzyło, ten ciąg zdarzeń, o których za chwilę opowiem, skierowały mnie na właściwą ścieżkę mojego rozwoju, mojego postępowania i mojego życia. Ale przede wszystkim pomogły mi zrozumieć — a jeszcze bardziej uświadomić sobie i odkryć — po co tu jestem. Jaki jest sens mojego bycia tutaj.
Powiem jeszcze wyraźniej: jaki jest sens mojego istnienia.
Wszystko to, co wydarzyło się w trakcie tego przebudzenia, nie wyczerpuje odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że cała moja ścieżka, cała droga, którą idę, jest właśnie poszukiwaniem odpowiedzi — albo raczej manifestacją odpowiedzi — na pytanie: kim jestem i po co jestem.
Po czym poznałem, że jestem w okresie przebudzenia?
Po bardzo prostym znaku: moje życie gwałtownie się zmieniło.
Jako zawodowy historyk jestem w stanie precyzyjnie wskazać moment, punkt w czasie, w którym coś do mnie dotarło. Był to rok 2008.
Po powrocie z wakacji w Chorwacji wydarzyło się coś, co do dziś pamiętam bardzo wyraźnie. Późnym popołudniem, jeśli nie wieczorem, poczułem nagłą, silną słabość i wyraźną potrzebę położenia się. Poszedłem do mojego pokoju, do sypialni, położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy.
Wtedy wydarzyło się coś, czego przez długi czas nie byłem w stanie pojąć. Trudno nazwać to wizją, a jeszcze trudniej snem — byłem całkowicie przytomny i obecny. Można powiedzieć, że przeniosłem się do przestrzeni ciemności. Dosłownie: była to ciemność.
To przeniesienie się do tej przestrzeni wywołało we mnie strach. Zacząłem się bać. Później opowiadałem o tym znajomym, że myślałem, iż „ze strachu skitrałem się w galoty”, używając potocznego, żartobliwego określenia. W tamtym momencie jednak strach był bardzo realny.
Byłem w tej ciemności jakby zawieszony — bez celu, bez sensu. I wtedy pojawiło się coś, co dziś mogę nazwać obecnością. Nie był to żaden obraz. Nie było w tym emocji ani doznań w znanym sensie. To był byt. Z jednej strony jakby cząstka tej ciemności, a z drugiej — dziś powiedziałbym — istota obecna w tej ciemności. Jej pojawienie się niczego mi nie powiedziało. Nie zapamiętałem żadnych słów, żadnego przekazu. Zapamiętałem natomiast bardzo wyraźnie sam fakt spotkania.
Dziś myślę, że taki był cel i istota tego doświadczenia. Było to — w moim odczuciu — pierwsze spotkanie w tym życiu z moją Jaźnią. Nie po to, by coś mi wytłumaczyć, lecz po to, by zaznaczyć swoją obecność. By dać znak i sygnał.
Wtedy jeszcze tego nie widziałem. Dziś widzę wyraźnie, że był to moment zapowiadający intensywną i szybką zmianę mojego życia.
Nastąpił powrót. Wyszedłem z tego stanu, obudziłem się przestraszony i rozdygotany. Próbowałem znaleźć sens tego, co się wydarzyło, lecz w tamtym czasie nie byłem w stanie go odnaleźć.
Z perspektywy dzisiejszej mogę powiedzieć jedno: było to wydarzenie, które zapoczątkowało moje przebudzenie.
Dlaczego nazywam to przebudzeniem?
Uważam to za przebudzenie, ponieważ życie, które do tej pory wiodłem — z perspektywy mojej świadomości — zaczęło się krok po kroku, a zarazem bardzo szybko, zmieniać.
Być może warto tu na chwilę cofnąć się i powiedzieć, jak wyglądało moje życie wcześniej.
Wcześniej prowadziłem zupełnie normalne, ludzkie życie. Przeszedłem wszystkie klasyczne etapy społecznego rozwoju: przedszkole, szkołę podstawową, średnią, studia. Następnie budowałem karierę zawodową zgodnie z obowiązującymi normami. Wspinałem się po szczeblach tej kariery. Założyłem rodzinę, wszedłem w związek małżeński, urodził się mój pierwszy syn. Wszystko działo się zgodnie z rytuałem i społeczną tradycją. W pewnym sensie byłem zadowolony z tego życia — moje potrzeby były zaspokajane. Grałem w stare, dobrze znane gry: rozwój zawodowy, zarabianie pieniędzy, bogacenie się. Żyłem na dobrym poziomie materialnym. Byłem w stanie kupić na kredyt duże mieszkanie, podróżować do ciepłych krajów, prowadzić życie, które z zewnątrz można by uznać za bardzo udane.
I rzeczywiście — było w nim wiele przyjemnych chwil. Doświadczałem radości, pasji muzycznej, sportowej i zawodowej. Miałem wielu znajomych. Byłem, jak sądzę, powszechnie lubianym człowiekiem. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że podobałem się kobietom i nie narzekałem na brak relacyjnych doświadczeń. Teoretycznie więc moje życie było udane.
A jednak przez cały ten okres — aż do 2008 roku — zawsze czegoś mi brakowało. Gdzieś głęboko czułem, że to wszystko jest niedopełnione. Jakby bycie w tych wszystkich rolach, przez które przechodziłem, nie wyczerpywało tego, po co tu jestem. Jakby nie miało głębszej wartości. Jakby było — użyję tego słowa — „zmychacone”.
To, co wydarzyło się później, sprawiło, że po raz pierwszy poczułem, iż moje życie zaczyna nabierać prawdziwego sensu. Zacząłem je naprawdę przeżywać — dogłębnie, świadomie, od środka.
Zacząłem odkrywać sens mojej aktywności i mojego istnienia poza samym zarabianiem pieniędzy, robieniem kariery i doświadczaniem społecznych przyjemności.
Chcę tu jeszcze przywołać jedno wspomnienie z bardzo wczesnego dzieciństwa. Miałem trzy albo cztery lata. Byłem wtedy na nowym osiedlu na Bródnie, na które się przeprowadziliśmy. Pamiętam moment przed zaśnięciem, kiedy w moich wewnętrznych wizjach — zupełnie innych niż rzeczywistość, która mnie otaczała — podjąłem decyzję, że zacznę „bawić się w ich grę”. W grę ludzi, którzy byli wokół mnie. W grę organizacji społecznej, w której się znalazłem. Jako małe dziecko oczywiście nie rozumiałem tego, co się ze mną dzieje. Dziś jednak mam silne poczucie, że właśnie w 2008 roku ta gra dobiegła końca.
I że wtedy zacząłem wchodzić na moją prawdziwą ścieżkę.
Jak przebudzenie zaczęło się manifestować
To przebudzenie zaczęło się manifestować bardzo konkretnie — poprzez pojawienie się w moim życiu nowych, wcześniej nieobecnych form rozwoju wewnętrznego i osobistego postępu. Pierwszą z nich była neurolingwistyka, NLP. Wszedłem w NLP bardzo intensywnie. Pochłonęło mnie całkowicie. Można powiedzieć, że stałem się jego apologetą. NLP pozwoliło mi odkryć coś fundamentalnego: że wszystko to, co kryje się za strukturą umysłową, neurolingwistyczną i różnymi wzorcami zachowań, może podlegać zmianie.
Dzięki tej wiedzy zacząłem odkrywać, że mam realny wpływ na to, co się dzieje w moim życiu. Że mogę zmieniać swoje reakcje, uwalniać się od kłopotów i trudności, a także wychodzić z ograniczeń, które wcześniej wydawały się nieprzekraczalne. Zrozumiałem, że nie jestem jedynie biernym uczestnikiem zdarzeń. Ukończyłem kurs mistrzowski NLP w Neuroedukacji w Lublinie, u wspaniałych nauczycieli. Do dziś wspominam ten czas z dużą wdzięcznością.
Niedługo później — niemal niespodziewanie — w moim życiu pojawił się coaching. Zrobiłem kolejne kursy i ukończyłem szkołę coachingową, kończąc ją z celującym wynikiem. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie. Rozpocząłem własną drogę zawodową jako coach. Byłem pod ogromnym wrażeniem narzędzi, które się przede mną otwierały, oraz możliwości realnego wspierania innych ludzi w ich rozwoju.
Po raz pierwszy poczułem, że odkrywam, po co tu jestem. Postanowiłem pomagać ludziom, towarzyszyć im w procesach zmiany, wspierać ich w przekraczaniu trudności i życiowych ograniczeń. Równolegle w moim życiu pojawił się buddyzm. Zacząłem interesować się naukami buddyjskimi, czytać opracowania i teksty mistrzów. Z czasem stałem się członkiem buddyjskiej linii tybetańskiej Karma Kagyu. Uczestniczyłem w medytacjach, wyjeżdżałem na inicjacje, coraz głębiej wchodziłem w praktykę.
Było to dla mnie doświadczenie niezwykle intensywne. Praktyki buddyjskie otworzyły przede mną kolejne przestrzenie rozumienia, ale przede wszystkim nadały mojemu życiu wyraźny cel — cel, z którym w tamtym czasie głęboko się utożsamiałem.
Wówczas nazywałem ten cel oświeceniem. Dążyłem do oświecenia na swojej ścieżce. Było to dla mnie bardzo ważne i porządkujące.
Dziś użyłbym innego określenia. Zamiast „oświecenia” wolę mówić o urzeczywistnianiu — o podążaniu ku urzeczywistnieniu „Ja Jestem”, ku temu, KIM naprawdę JESTEM.
W tamtym czasie jednak ten cel dopiero się kształtował. Rozpoczął się proces jego uszczegóławiania, a ja po drodze odkrywałem kolejne cząstki wiedzy, prawdy i rozumienia — te, które wówczas uważałem za wyzwalające.
Doświadczenie wolności
Dziś, kiedy patrzę na tamten moment mojego życia, na tamten okres, bardzo wyraźnie powracają do mnie ówczesne wrażenia — to, jak to czułem i jak tego doświadczałem.
To był przepiękny czas. Naprawdę niezwykły.
Po raz pierwszy w życiu czułem się wolny. A jeśli jeszcze nie całkowicie wolny, to z całą pewnością czułem, że jestem na ścieżce prawdziwego uwolnienia — ku doświadczaniu autentycznej wolności.
Zaczęły znikać ograniczenia, które wcześniej definiowały moje życie. Systemy przekonań, programy — zarówno te, które sam wytworzyłem, jak i te odziedziczone — zaczęły się rozpadać, rozsypywać i rozpuszczać.
W ich miejsce pojawiała się wolność.
Doświadczałem niezwykłej radości — radości istnienia, radości bycia obecnym w każdym dniu, radości robienia tego, co naprawdę chciałem robić. Bycia i doświadczania bez konieczności dopasowywania się do dotychczasowych standardów, zwłaszcza tych zawodowych, które wcześniej w dużej mierze determinowały moje życie.
Chciałem wyjść poza wszystkie znane mi schematy i standardy funkcjonowania. I cieszyłem się tym każdego dnia.
Jednocześnie moja rodzina i niektórzyznajomi, którzy obserwowali te zmiany, byli nimi mocno zaniepokojeni. Bali się tego, dokąd zmierzam. Niektórzy uważali wręcz, że zwariowałem.
Nie miało to dla mnie większego znaczenia.
Zaryzykuję stwierdzenie, że właśnie wtedy byłem szczęśliwy. Ten aspekt mojego przebudzenia obudził we mnie stan prawdziwego sensu istnienia — radość samego bycia. Od tamtego momentu noszę go w sobie. Oczywiście z czasem się pogłębia, odsłania kolejne swoje aspekty i wymiary.
Był to czas absolutnie niezwykły. Czas doświadczania radości we wszystkich dziedzinach mojego życia — ale już z zupełnie nowej perspektywy. Jak widać, wspominam ten okres z dużym sentymentem. I z tą samą radością, która wtedy się pojawiła — a która trwa we mnie do dziś. Dziś ta radość ma jednak inny smak: mniej w niej euforii i uniesienia, a więcej obecności, prostoty i cichego zakorzenienia.
Wyjście z korporacji i własna ścieżka
Być może naturalne jest pytanie, co działo się dalej?
Tak — opuściłem korporację. A właściwie można powiedzieć, że korporacja, do której energetycznie przestałem pasować, sama mnie z siebie „wypluła”. Przyjąłem to z dużą ulgą i radością.
Rozpocząłem wówczas własną, indywidualną ścieżkę — również zawodową. Stworzyłem szkołę coachingową i ośrodek rozwojowy, w którym chciałem dzielić się tym, co odkrywałem, i nową świadomością, która we mnie dojrzewała. Ośrodek nosił nazwę Conscious Group — i bardzo trafnie oddawał to, co wtedy we mnie się działo.
Prowadziłem szkolenia, treningi i procesy rozwojowe, które wykraczały poza ówczesne, oficjalnie przyjęte standardy pracy rozwojowej. Organizowałem zajęcia z obszaru pracy energetycznej, kreowania rzeczywistości, pracy w polu — dziś powiedziałbym: morficznym — pracy z archetypami i innymi obszarami, które w tamtym czasie były jeszcze mało obecne w głównym nurcie.
Był to niezwykły okres mojego życia.
Pamiętam swoje dni bardzo wyraźnie: w piękne poranki wsiadałem na rower i bez pośpiechu jechałem do biura na Górnym Mokotowie. Tam prowadziłem kolejne spotkania — coachingi, procesy terapeutyczne, szkolenia.
Był to piękny czas. Piękny moment mojego życia.
I do dziś, kiedy do niego wracam pamięcią, czuję radość.
Czas intensywnych studiów i poszukiwań
Był to również okres bardzo głębokich studiów — tego, co wówczas nazywałem „prawdziwą wiedzą”. Koncentrowałem się na czytaniu, analizowaniu i pracy z tekstami autorów, którzy szczególnie mnie poruszali i inspirowali. Czytałem książki Kena Wilbera, który próbował stworzyć podejście integrujące wiedzę psychologiczną na różnych poziomach i łączące ją z duchowością. Studiowałem literaturę z obszaru NLP, a także prace Abrahama Maslowa — jednego z kluczowych przedstawicieli psychologii humanistycznej.
Równolegle sięgałem po książki związane z buddyzmem: teksty Dalajlamy, Kalou Rinpocze, Thich Nhat Hanha. Czytałem także Junga oraz wiele opracowań filozoficznych.
W tamtym czasie pojawiły się również książki Neala Donalda Walscha — "Rozmowy z Bogiem" — które do mnie przyszły i które wtedy intensywnie przeżywałem. Zakres moich zainteresowań był bardzo szeroki. Sięgałem po literaturę z wielu dziedzin: duchowości, psychologii, filozofii, ezoteryki. Brałem udział w rozmaitych kursach i warsztatach, zajmowałem się masażem Lomi Lomi. Dotykałem wiedzy pozamainstreamowej dotyczącej tego, jak świat istnieje i funkcjonuje. Zgłębiałem zagadnienia związane z naturą pieniądza, strukturami władzy, teoriami spiskowymi, czytałem "Tybetańską Księgę Umarłych" i inne teksty graniczne. Jeździłem na spotkania i nauki prowadzone przez niezwykłych terapeutów, takich jak Frank Farrelly. Czytałem również książki Deepaka Chopry.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzę to jako prawdziwą eksplozję aktywności i zainteresowań. Wszystko działo się jednocześnie, jakby w jednym, bardzo skondensowanym momencie czasu. Był to okres intensywnego chłonięcia wiedzy — bez selekcji, bez hierarchii, z głębokim poczuciem, że każda z tych dróg może prowadzić mnie bliżej zrozumienia.
Od przebudzenia do integracji
Był to naprawdę niezwykły czas. Po raz pierwszy czułem tak wyraźnie, że żyję czymś autentycznym i głęboko znaczącym. Do dziś jestem za ten okres wdzięczny mojej jaźni i cieszę się, że to doświadczenie pojawiło się w moim życiu.
Pojawia się jednak naturalne pytanie: jak długo trwało moje przebudzenie?
Trudno jednoznacznie określić to w czasie. Z dzisiejszej perspektywy powiedziałbym, że były to dwa, może trzy lata. Po pewnym czasie przebudzenie zaczęło przechodzić w kolejny etap, który nazwałem integracją.
W moim życiu zaczęły pojawiać się momenty, w których doświadczałem stanów przypominających chorobę. Kładłem się na dwa, czasem trzy dni do łóżka i przechodziłem przez bardzo głębokie procesy przemiany. Było to fizycznie niezwykle nieprzyjemne. Można powiedzieć, że byłem w stanie przypominającym maligny. Te epizody trwały kilka dni, po czym ustępowały. Po miesiącu lub dłuższym czasie pojawiało się kolejne takie wydarzenie.
Z biegiem czasu sposoby doświadczania integracji zaczęły się zmieniać. Był to proces pozbywania się tego, co okazywało się już niepotrzebne na dalszej drodze rozwoju — wzorców, napięć, struktur. Ktoś mógłby nazwać to „wyrzucaniem śmieci”.
Formy tego procesu były różne. Oprócz wspomnianych stanów przypominających maligny pojawiały się także bezsenność, nagłe bóle, momenty, w których mój układ nerwowy jakby się wyłączał. Z czasem uczyłem się jednak czegoś jeszcze: że nie wszystko musi dokonywać się poprzez napięcie i walkę ze sobą. Równolegle z determinacją zaczęła dojrzewać we mnie łagodność — stopniowe pozwalanie sobie na bycie takim, jakim jestem w danym momencie procesu. Doświadczałem bólu w różnych częściach ciała i w różnych organach.
Bywało to trudne i wymagające.
A jednak przez wszystko to przechodziłem, ponieważ w moim sercu był jasno określony cel — to, co wówczas nazywałem oświeceniem. Ten cel nigdy się nie zmienił.
Z dzisiejszej perspektywy widzę również, że właśnie w tym okresie ukształtowała się moja determinacja — mój charakter. Na bardzo ludzkim poziomie pojawiła się we mnie decyzja, że nigdy już nie odpuszczę tej drogi.
Wiedziałem, dokąd zmierzam. I byłem gotów przejść przez wszystko, co miało się wydarzyć, ponieważ ten cel stał się najważniejszą rzeczą w moim życiu.
W tamtym czasie nic nie miało dla mnie większego znaczenia.
Odkrywanie własnej prawdy
Kolejnym bardzo ważnym elementem mojego przebudzenia było odkrywanie mojej prawdy. Prawdy dotyczącej mojej rzeczywistości, ale przede wszystkim prawdy o mnie samym.
Był to proces stopniowego zostawiania i przekraczania iluzji — krok po kroku. Odpuszczania tego, co nie było moje. A zwłaszcza tego, co mi szkodziło.
Wraz z tym procesem zaczęło gwałtownie zmieniać się moje życie. Zmieniła się moja praca zawodowa — o czym już wspominałem — ale równie wyraźnie zaczęło zmieniać się moje otoczenie społeczne. Towarzystwo zaczęło się wymieniać. Stare znajomości jeszcze przez jakiś czas „wisiały” gdzieś w tle, na obrzeżach mojego życia, ale jednocześnie pojawiali się nowi ludzie. Nowe relacje, nowe znajomości — osoby o podobnych zainteresowaniach, podobnej wrażliwości i sposobie patrzenia na rzeczywistość. Na tamtym etapie było to dla mnie ważne. I cieszyłem się z tej zmiany. Wcześniej, bardzo przywiązany do ludzi, uznałbym taki proces za stratę, smutek albo porażkę. Bywały momenty, w których próbowałem jeszcze ratować niektóre relacje — zostawiać je na siłę, utrzymywać, podtrzymywać. Na szczęście to się nie udawało.
Z niektórymi znajomościami żegnałem się bardzo długo. Był to proces rozciągnięty w czasie, bolesny i wymagający — ale to już jest temat na inny tekst, dotyczący integracji. Odkrywanie prawdy — mojej prawdy — było jednym z głównych sensów mojego przebudzenia.
Opuszczanie starego świata
Jeśli chodzi o opuszczanie starego świata — który jest kolejną charakterystyczną cechą przebudzenia — nie mogę powiedzieć, że dokonało się ono gwałtownie, raz na zawsze. Był to proces rozciągnięty w czasie. Zdarzały się momenty bardzo intensywne i szybkie, jak w 2008 roku, ale później pojawiały się także próby powrotu pewnych aspektów mnie do starego świata. Najczęściej wynikało to z bardzo ludzkich powodów: potrzeby utrzymania siebie, zapewnienia bytu mojej rodzinie, zarabiania pieniędzy.
Ten proces nie był więc liniowy ani jednorazowy.
Jedno jednak było dla mnie niezmienne i absolutnie jasne: wiedziałem, że nie jestem już częścią tamtego świata. I wiedziałem, że nie chcę w nim być.
Czym było moje przebudzenie
Podsumowując, czym było moje przebudzenie?
Było gwałtowną zmianą świadomości — można powiedzieć: eksplozją nowej świadomości.
Było wejściem na nową ścieżkę.
Odkryciem swojego prawdziwego celu.
Było również pojawieniem się — lub zamanifestowaniem — determinacji bez kompromisów. Gotowości do podążania tą ścieżką niezależnie od okoliczności.
Było odkrywaniem własnej prawdy. Intensywnym studiowaniem, zgłębianiem wiedzy, poszukiwaniem istoty i sensu w bardzo różnych źródłach.
Było podążaniem za tym, co się pojawia. I było radością bycia w swoim życiu — coraz głębszym i coraz bardziej świadomym doświadczaniem tego, co jest rzeczywistością.
Z perspektywy dzisiejszej widzę też wyraźnie, że celem tej drogi nie było stanie się kimś innym ani wyjątkowym. Jej istotą było stawanie się coraz bardziej sobą — w prostocie, zwyczajności i prawdzie codziennego życia.
Tak właśnie rozumiem dziś moje przebudzenie.
Z dzisiejszej perspektywy widzę również, że przebudzenie nie było celem samym w sobie, lecz otwarciem drogi — początkiem procesu, który trwa i pogłębia się dalej.
Kilka słów do czytającego
Na koniec chcę to jeszcze raz wyraźnie podkreślić: tak wyglądało moje przebudzenie.
Nie jest to jedyny słuszny model.
Nie jest to przepis, który miałby zastosowanie u innych ludzi.
Każda ścieżka jest indywidualna, a każde przebudzenie ma swój własny rytm, formę i język.
Gdybym miał powiedzieć, jak warto podejść do tego tekstu jako czytelnik, powiedziałbym tak:
Zobacz, czy jest w nim coś, na co szczególnie reagujesz. Może pojawią się podobieństwa. Może jedno zdanie, jedno doświadczenie, jeden fragment zatrzyma Twoją uwagę.
I przede wszystkim — sprawdź, czy coś z tego rezonuje z Tobą.
Nie próbuj tego analizować ani racjonalizować. Rezonans nie wymaga wyjaśnień. Jeśli coś w Tobie porusza, to znaczy, że Twoja ścieżka już się w jakiś sposób ujawnia.
I warto za nią podążać — w taki sposób, jaki jest wyborem osoby, która tę decyzję podejmuje.
To jest moje rekomendowane podejście.
Z resztą zrób dokładnie to, co uznasz za właściwe.
Złe wybory nie istnieją.



































