
Mistrzostwo zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje dzielić życie na „wielkie duchowe sprawy” i „zwykłe codzienne sprawy”.
Bo czasem droga do wolności prowadzi przez poranną kawę, spojrzenie w lustro, rozmowę z dzieckiem, zakupy w warzywniaku, gotowanie obiadu, zmywanie naczyń, telefon do przychodni, wizytę u dentysty, spokojny oddech w samochodzie i gitarę wziętą do ręki późnym wieczorem.
Nie zawsze prowadzi przez ceremonie, wielkie objawienia, samotne medytacje na szczycie góry albo duchowe przełomy.
Czasem prowadzi przez kuchnię.
Czasem przez korek uliczny.
Czasem przez fotel dentystyczny.
Czasem przez moment, w którym człowiek mógłby wybrać stary wzorzec, ale zatrzymuje się, oddycha i wybiera inaczej.
Po przebudzeniu i po następującej po nim fazie integracji przychodzi moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że manifestacja nie jest tylko przyciąganiem zdarzeń, ludzi, pieniędzy, możliwości czy nowych okoliczności.
Manifestacja jest czymś głębszym.
Gdyby ktoś dziś zapytał mnie, czym jest manifestacja, powiedziałbym, że jest doświadczaniem mistrzostwa w codzienności.
W każdej chwili.
W każdym teraz.
W tym, co proste.
W tym, co trudne.
W tym, co przyjemne.
W tym, co wywołuje opór.
W tym, co zwyczajne tylko pozornie.
Dlatego chcę opisać jeden dzień.
Jeden zwykły dzień.
A może właśnie jeden niezwykły dzień, ponieważ naprawdę przeżyty dzień nigdy nie jest zwykły.
Założenia mistrzowskiego dnia
Jeżeli podejmuję decyzję, że podążam ścieżką mistrzowską, nie mogę traktować jej jako czegoś oddzielonego od życia codziennego.
Nie ma mistrzostwa „od święta”.
Nie ma mistrzostwa tylko podczas medytacji.
Nie ma mistrzostwa tylko wtedy, kiedy jestem spokojny, wypoczęty, pięknie ubrany, wyciszony i wszystko układa się po mojej myśli.
Mistrzostwo nie ma wakacji.
Nie robi przerwy na słabości starego życia.
Nie zawiesza się wtedy, kiedy pojawia się zmęczenie, gniew, opór, ból, chaos albo stary program.
Jeżeli mistrzostwo jest prawdziwe, integruje się z dniem codziennym.
Z porankiem.
Z ciałem.
Z relacjami.
Z pracą.
Z zakupami.
Z jedzeniem.
Z ruchem ulicznym.
Z opieką nad sobą.
Z rodziną.
Z tworzeniem.
Z tym wszystkim, co składa się na życie.
Dlatego mistrzowski dzień nie polega na tym, że wszystko jest idealne.
Polega na tym, że w tym wszystkim jestem obecny.
Nie chowam niczego przed sobą.
Nie chowam siebie przed tym, co przychodzi.
Nie udaję.
Nie zapominam, co jest dla mnie naprawdę ważne.
Nie uciekam przed tym, co wydaje się trudne.
Nie rezygnuję z siebie dla świętego spokoju.
Nie oddaję swojej wolności.
Nie zawieszam jej na chwilę, żeby wrócić do starych nawyków.
Nie stosuję autoagresji.
Nie karmę się autokrytyką.
Nie muszę być idealny.
Mam prawo doświadczać.
Mam prawo przechodzić przez wszystko.
Mam prawo się mylić.
Mam prawo popełniać błędy.
Błędy nie są wyrokiem.
Błędy są informacją zwrotną.
Pokazują, gdzie jestem.
Pokazują, co wymaga korekty.
Pokazują, gdzie stary wzorzec jeszcze działa.
Pomagają doskonalić kurs.
Nie ma jednego zewnętrznego ideału, który mam spełnić.
Nie ma wzorca doskonałości, do którego muszę się dopasować.
Nie ma przykazań narzuconych z zewnątrz.
Punktem odniesienia jest moje serce.
Moja obecność.
Moje światło.
Moja świadomość.
Moja jaźń.
Mistrzowski dzień oznacza również wolność od starych automatyzmów.
Bez wpadania w przyzwyczajenia.
Bez robienia ciągle tego samego tylko dlatego, że kiedyś tak robiłem.
Bez bycia niewolnikiem dawnych programów.
Bez oddawania przewodnictwa aspektom siebie.
Szefem projektu jest Mistrzowskie Ja.
Nie krytyk.
Nie wojownik.
Nie przestraszone dziecko.
Nie narrator budujący dramat.
Nie wewnętrzny cwaniak.
Nie stary program.
Nie potrzeba akceptacji.
Nie lęk.
One wszystkie mogą się pojawiać.
Mogę je słyszeć.
Mogę je zauważać.
Ale nie muszę oddawać im steru.
Mistrzowski dzień to dzień przeżywany z perspektywy obserwatora.
Z perspektywy obecności.
Jeżeli zauważam, że wyszedłem z tej perspektywy, wracam.
Łagodnie.
Bez oskarżania siebie.
Bez napięcia.
Bez autoagresji.
Wracam.
Jestem.
Jestem tutaj.
Jestem teraz.
Czas jako skarb
To było wczoraj.
To był wtorek.
Obudziłem się około siódmej trzydzieści.
Moja jaźń i moje ciało zwykle budzą mnie mniej więcej o tej porze, nawet jeśli chodzę spać późno. Można powiedzieć, że ja i moja rodzina jesteśmy nocnymi markami. A jednak wstawanie dość wcześnie, nawet jeśli jestem jeszcze trochę zaspany, stało się dla mnie ważne.
Nie dlatego, że muszę.
Nie dlatego, że świat mnie zmusza.
Nie dlatego, że obowiązki stoją nade mną z batem.
Wstaję, bo czuję, że dzień jest darem.
Czuję, że czas, który mam, jest najcenniejszą rzeczą, jaką posiadam.
Jest potencjałem wszystkiego, co może się wydarzyć.
Jest potencjałem mojej wolności.
Moich wyborów.
Mojej kreacji.
Mojej obfitości.
Rano dzień jest jeszcze otwarty.
Niezużyty.
Nieustalony.
Niezamknięty.
Jest jak przestrzeń, do której za chwilę coś wejdzie.
I to mnie cieszy.
Cieszy mnie sam fakt, że mogę wybierać.
Że mogę zobaczyć, co dziś jest ważne.
Że mogę pozwolić, by dzień się ułożył.
Że mogę współpracować z tym, co przyjdzie.
Spojrzenie w lustro
Poranna toaleta jest szybka, ale uważna.
Patrzę na ciało.
Patrzę na twarz.
Patrzę na poranną fryzurę.
Jakbym witał się ze sobą.
Naprawdę otwieram oczy.
Naprawdę patrzę.
I widzę niemal każdego ranka kogoś trochę innego.
Inny wyraz twarzy.
Inne spojrzenie.
Inny układ włosów.
Inny stan.
Inna energia.
Czasem mam wrażenie, jakbym nie znał tej osoby, na którą patrzę.
A jednak patrzę z szacunkiem.
To jest ważne.
Nie z krytyką.
Nie z oceną.
Nie z automatycznym skanowaniem niedoskonałości.
Patrzę z szacunkiem do tego, kogo widzę.
Szacunek do samego siebie jest początkiem dnia.
Jest fundamentem.
Jeśli dzień zaczyna się od odrzucenia siebie, trudno potem zbudować obecność.
Jeśli zaczyna się od szacunku, coś w przestrzeni wewnętrznej układa się inaczej.
Kawa i przyzwolenie
Potem idę zrobić kawę.
Nie spieszę się.
Moje ciało budzi adrenalina i aromat kawy, a ja siadam z zamkniętymi oczami i spokojnie oddycham.
Nie robię tego po to, żeby wykonać praktykę.
Nie odhaczam medytacji.
Nie próbuję osiągnąć szczególnego stanu.
Po prostu wracam do siebie po nocy.
Pozwalam, by opadło to, co wydarzyło się we śnie.
Pozwalam, by przyszło to, co jest ważne w danym dniu.
Daję przyzwolenie.
To bardzo ważne słowo.
Przyzwolenie.
Nie kontrola.
Nie napięcie.
Nie próba wymuszenia.
Nie agresywne planowanie.
Przyzwolenie.
Zwykle zapisuję na kartce najważniejsze rzeczy do zrobienia.
Tak powstaje roboczy plan.
Nie jest szczegółowy.
Nie jest święty.
Nie jest klatką.
Nie jest rozkazem.
Pokazuje mi tylko ważne punkty dnia.
Mogę go zmieniać w każdej chwili.
Pozwalam, by dzień sam układał się w wizję albo zmieniał wcześniejszą wizję tego, co będę robił.
Ale jednocześnie to ja decyduję.
To ważne połączenie.
Przyzwalam, ale nie oddaję odpowiedzialności.
Ufam, ale nie rezygnuję z wolnego wyboru.
Pozwalam, by mój dzień układał się w najlepszy i najkorzystniejszy dla mnie sposób.
Oddaję inicjatywę mojej jaźni.
Wierzę, że moja jaźń wie, co w danym dniu jest ważne.
Wiem, że pojawią się rzeczy, które mają zostać zrobione.
I przyjmuję, że nawet jeśli nie będą zgodne z pierwszą wersją planu, nie znaczy to, że coś poszło źle.
Czasem właśnie wtedy dzieje się to, co najważniejsze.
Kompas ciała
Skąd wiem, co wybrać?
Uczę się tego przez ciało.
Kiedy czuję przepływ, lekkość, swobodę, harmonię — wiem, że to, co wybieram, jest właściwe.
Kiedy czuję opór, sprzeciw ciała, chaos, nerwowość, nadmierną intensywność, dialog wewnętrzny, głos krytyka albo wojownika — wiem, że warto się zatrzymać.
Może to nie jest ten moment.
Może nie ta droga.
Może to stary program próbuje przejąć ster.
Może nie chcę tego robić.
A może mam to zrobić, ale inaczej.
W każdym przypadku ciało i stan wewnętrzny stają się informacją.
Nie wyrocznią.
Informacją.
Rower, słońce i obfitość
Potem wyglądam przez okno.
Wychodzę.
Wsiadam na rower.
Jadę po pieczywo do piekarni albo po jedzenie do sklepu.
To jest piękny moment.
Słońce świeci na mnie, a ja doświadczam prawdziwej obfitości.
Prawdziwego skarbu.
Czuję się, jakbym łykał pogodę.
Jakbym pił słońce.
Jakbym przyjmował dzień całym sobą.
Jadę moim ulubionym rowerem i czuję, że to jest życie.
Nie wielkie wydarzenie.
Nie spektakularny sukces.
Nie coś, czym można zaimponować światu.
A jednak dla mnie to jest jeden z najpiękniejszych momentów dnia.
Często pamiętam go później przez wiele godzin.
Mikrokontakty
Wchodzę do piekarni, sklepu albo warzywniaka.
Patrzę ludziom w oczy.
Nie wiem dokładnie, po co to robię.
Może po to, żeby ich naprawdę zobaczyć.
Żeby nie traktować człowieka jak funkcji.
Sprzedawca nie jest tylko sprzedawcą.
Kasjer nie jest tylko kasjerem.
Człowiek podający mi chleb nie jest elementem systemu zakupowego.
Jest kimś.
Jest obecnością.
Jest światem.
Mam zaprzyjaźnionych sprzedawców od warzyw.
Dwóch braci, niemal bliźniaków.
Każda transakcja staje się mikrokonwersacją.
Rozmawiamy o drzewach owocowych.
Oni załatwili mi sadzonki moich czereśni.
Żartujemy z dystansem.
Mówimy o pogodzie.
O zdrowiu.
O tym, co rośnie.
O tym, co się udało.
To są małe rozmowy, ale dzień składa się właśnie z takich małych rozmów.
Ma dla mnie znaczenie jakość kontaktu z drugim człowiekiem.
Nie muszę prowadzić wielkich rozmów o sensie życia, żeby być prawdziwie obecnym.
Czasem wystarczy spojrzenie, żart, wymiana kilku zdań, szacunek.
Śniadanie i ojcostwo
Wracam do domu.
Przygotowuję śniadanie.
Czasem dla Janka, który zaraz wstanie i pójdzie do szkoły.
Czasem przygotowuję się do późniejszego śniadania z kimś innym z rodziny.
Potem Janek się budzi.
Rozmawiamy.
Nie traktuję tych chwil jak obowiązku.
Nie są one dla mnie przeszkodą, którą muszę przeżyć, żeby „w końcu” wrócić do swoich spraw.
To są moje sprawy.
To jest życie.
Korzystam z każdego momentu rozmowy.
Rozmawiamy o wszystkim.
O jego zainteresowaniach.
O broni pancernej i lotnictwie.
O tym, czy w czasie II wojny światowej lepszy był Tygrys, czy IS-2.
On pyta, czy nie chciałbym przejechać się takim czołgiem, bo to byłoby fajne.
A ja odpowiadam, że nie przepadam za bronią, bo jestem pacyfistą.
Wtedy pyta, kim jest pacyfista.
Wyjaśniam mu swój stosunek do broni.
On próbuje mnie przekonać, żebyśmy jeszcze coś obejrzeli, sprawdzili, porozmawiali.
I rozmawiamy.
Dyskutuję z jedenastolatkiem.
Pokazuję mu moją perspektywę.
Mówię o bezsensie wojny.
O tym, że chłopcy w jego wieku często idealizują działania wojenne, bo gra w nich archetyp wojownika.
Nie potępiam tego.
Widzę to.
Rozumiem.
Ale pokazuję też inną perspektywę.
Nie realizuję świadomego programu wychowawczego.
Nie mam scenariusza.
Nie odgrywam roli ojca-nauczyciela.
Jestem prawdziwy.
Dzielę się tym, czym mogę się podzielić.
Czasem wiedzą.
Czasem doświadczeniem.
Czasem poglądem.
Czasem ciekawostką, że Bolesław Prus, a właściwie Aleksander Głowacki, urodził się w tym samym mieście, w którym urodziła się moja mama — w Hrubieszowie.
Nie wiem, dlaczego akurat ta informacja może kiedyś być dla niego ważna.
Może nie będzie.
Ale ja daję to, co mam.
I to wystarcza.
Sprzątanie jako przygotowanie pola
Kiedy Janek idzie do szkoły, a żona pojedzie do pracy, zajmuję się porządkiem.
Sprzątam swoją przestrzeń.
Pokój.
Kuchnię.
Miejsce, którego będę używał w ciągu dnia.
Jeśli pracuję w domu, sprzątam.
Jeśli mam spotkanie albo pracę na zewnątrz, sprzątam przynajmniej tyle, ile trzeba, żeby zostawić przestrzeń w harmonii.
Sprzątanie jest dla mnie ważne, bo przygotowuję pole kreacji.
Czyszczę przestrzeń do tworzenia.
Do działania.
Do pisania.
Do rozmów.
Do manifestowania tego, co dla mnie istotne.
Nie chodzi tylko o porządek materialny.
Chodzi o jakość przestrzeni.
Czysta przestrzeń wspiera klarowność.
A kiedy przestrzeń jest przygotowana, przystępuję do działania.
Spotkania.
Formalności.
Telefony.
Sprawy rodzinne.
Zakupy.
Twórczość.
To, co w danym dniu przychodzi.
Co się wydarza, nie jest najważniejsze
Zanim przejdę dalej do tego konkretnego wtorku, chcę powiedzieć coś ważnego.
Czasami mam wrażenie, że to, co dokładnie się wydarza, nie jest najważniejsze.
Ważniejsze jest to, jak przejdę przez dane doświadczenie.
Czym ono dla mnie będzie.
Jak je przetworzę.
Jak się w nim zachowam.
Czego będę świadomy.
Co mi pokaże.
Jaką mądrość przyniesie.
Jak zamanifestuje się moje mistrzostwo poprzez to, co przyszło.
Codzienność nie jest wtedy zbiorem przypadkowych zdarzeń.
Staje się praktyką.
Każde doświadczenie może być miejscem obecności.
Każde może stać się lustrem.
Każde może stać się bramą.
Droga do dentysty
Tego dnia pojechałem najpierw do mojej mamy.
Zawiozłem jej to, co było dla niej ważne.
Potem ruszyłem do gabinetu dentystycznego.
W czasie jazdy okazało się, że jestem już spóźniony kilka minut, a przebudowa jednej z głównych warszawskich arterii nie pozwalała mi skręcić tam, gdzie według nawigacji miałem skręcić.
Ruch był intensywny.
To był zjazd z dużego mostu.
Zatrzymałem się przy wyjeździe i patrzyłem na sytuację.
Przez chwilę rozważałem, czy nie przekroczyć przepisów.
Mocno.
Po warszawsku.
Po cwaniacku.
Przejechać linię ciągłą.
Wjechać w przebudowywany teren.
Wymusić trochę na rzeczywistości, żeby mnie przepuściła.
Ten mój warszawski cwaniak albo warszawski wojownik przez chwilę mówił bardzo głośno.
Miał swoje argumenty.
Spieszysz się.
To tylko chwila.
Nic się nie stanie.
Dasz radę.
Inni też tak robią.
Ale w pewnym momencie zatrzymałem się naprawdę.
Wziąłem kilka głębokich oddechów.
Pozwoliłem, żeby wróciła moja obecność.
I zdecydowałem inaczej.
Mimo spóźnienia pojechałem zgodnie z przepisami.
Przejechałem most.
Zawróciłem.
Nadłożyłem drogi.
Było bezpiecznie.
Spóźniłem się kilkanaście minut.
Jak się okazało, nie miało to żadnego znaczenia.
Pośpiech nie był uzasadniony.
Rzeczywistość pokazała mi bardzo prostą rzecz: presja była głównie we mnie.
Dentysta jako scena mistrzostwa
Potem był gabinet.
Zabieg dentystyczny.
Nie bardzo wielki, ale dla mojego systemu wystarczająco znaczący.
Doświadczałem obecności głosu dziecięcej traumy.
Takiego dziecka, które potwornie boi się dentysty, bo ma w sobie zapis dawnych traumatycznych wydarzeń.
To dziecko próbowało zamykać usta.
Nawet dentystka zwróciła mi na to uwagę.
W pewnym momencie zobaczyłem, że włączył się również narrator.
Ten, który już w trakcie wydarzenia opowiada rodzinie, jak było.
Buduje historię.
Wzmacnia intensywność.
Tworzy opowieść o przeżyciu, zanim przeżycie się skończy.
Zobaczyłem to.
I świadomie podjąłem decyzję.
Wchodzę w obecność.
Teraz.
Jestem tutaj.
Jestem obecny.
Wychodzę z perspektywy narratora.
Wychodzę z perspektywy przestraszonego dziecka.
Nie porzucam ich.
Nie wypieram.
Ale nie oddaję im steru.
Wejście w obecność bardzo obniżyło poziom bólu.
Ułatwiło przejście przez zabieg do końca.
Czy człowiek na drodze mistrzowskiej ma takie historie?
Tak.
Jak najbardziej.
Mistrz nie jest idealny.
Mistrz nie jest człowiekiem, któremu nic się nie uruchamia.
Mistrz nie jest kimś, kto nie czuje bólu, lęku, napięcia czy oporu.
Ważna jest świadomość.
Ważne jest bycie obecnym.
Ważne jest rozpoznanie tego, co naprawdę się dzieje.
Ważne jest zobaczenie, jak nasze aspekty zaczynają wyrażać swoje perspektywy.
I ważne jest to, kto ostatecznie prowadzi.
Kuchnia jako kreacja
Jednym z ważnych doświadczeń mojego życia codziennego jest gotowanie.
Może wydawać się banalne.
Dla mnie nie jest.
W naszym domu jestem kucharzem.
Lubię gotować.
Lubię tworzyć nowe potrawy.
Lubię rozszerzać nasz jadłospis.
Lubię odkrywać, zmieniać, próbować.
Bycie obecnym w gotowaniu ma ogromne znaczenie.
Świadomość liczy się tutaj we wszystkim.
W miejscu, w którym się zaopatrujesz.
W produktach, które kupujesz.
W sposobie tworzenia przepisu.
W kolejności działań.
W podawaniu.
W zmianach, które wprowadzasz w trakcie.
W przyjemności kreacji.
W wolności tworzenia.
Doświadczam w kuchni swojego wpływu na rzeczywistość.
To niezwykłe.
Z jednej strony korzystam z przepisów, inspiracji, doświadczenia.
Z drugiej strony jestem ponad przepisami.
Nie w sensie pychy.
W sensie wolności.
Przepis nie jest panem.
Jest punktem wyjścia.
Czasem odkrywam lepszy sposób.
Czasem zmieniam składnik.
Czasem upraszczam.
Czasem dodaję coś po swojemu.
Czasem to, co miało być jednym daniem, staje się czymś innym.
Kuchnia uczy mnie mistrzostwa, bo pokazuje, że tworzenie wymaga obecności, zaufania, odwagi i smaku.
Stół jako przestrzeń prawdy
Posiłki są też czasem spotkania.
Jesteśmy przy stole.
Rozmawiamy.
Słuchamy.
Wymieniamy informacje.
Doświadczamy siebie.
Czasem się śmiejemy.
Czasem milczymy.
Czasem się kłócimy.
Trzeba to powiedzieć wyraźnie.
Nie idealizuję tego.
Ale nawet wtedy jesteśmy w prawdzie.
Jeśli coś im nie smakuje mówią mi o tym.
Jeśli ktoś je coś po swojemu, ma do tego prawo.
Kiedyś byłem uzależniony od akceptacji rodziny wobec moich potraw.
Chciałem, żeby smakowało.
Chciałem pochwały.
Chciałem potwierdzenia.
Dziś moja akceptacja pochodzi ode mnie.
I naprawdę poprawiło to jakość tego, co robię.
Bo tworzę z wolności, a nie z potrzeby uznania.
Zmywanie jako lekcja wolności
Kolejna część tego dnia też była ciekawa.
Zwykle było tak, że ja przygotowywałem posiłek, a reszta rodziny sprzątała.
Zależało mi na tym wzorcu.
Był dla mnie logiczny.
Ja gotuję, oni sprzątają.
Wczoraj zobaczyłem absurd sztywności tego mechanizmu.
Zobaczyłem, że wcześniej pojawiała się we mnie złość, jeśli ten porządek nie był utrzymywany.
Zobaczyłem wzorzec.
Byłem świadomy potencjalnych emocji.
Byłem świadomy tego, jak mogłaby rozwinąć się sytuacja.
Ale byłem też świadomy zmęczenia rodziny i innych uwarunkowań.
I po prostu posprzątałem po obiedzie.
Umyłem wszystko.
Naczynia.
Narzędzia kuchenne.
Przestrzeń.
I ku mojemu zaskoczeniu przyniosło mi to delikatną radość.
Nie wielką ekstazę.
Nie duchowy fajerwerk.
Cichą, miłą radość.
Odkryłem potencjał radości ukryty w prostej czynności.
To było cenne.
Wzbogaciło mnie.
Bo zrozumiałem, że wiele cierpienia nie wynika z samego działania.
Wynika z oporu wobec działania.
Z obrony wzorca.
Z oczekiwania, że inni mają zrealizować wewnętrzną umowę, której może nawet nie wypowiedzieliśmy.
Kiedy wzorzec się rozpuszcza, czasem zostaje prosta czynność.
I radość.
Wieczór rodzinny
Wieczorem moja rodzina oglądała film ważny dla nich.
Dla mnie interesujące było oglądanie go z perspektywy struktury.
Widziałem wzorzec komercyjny.
Sposób budowania narracji.
Elementy emocjonalne.
Montaż.
Zdjęcia.
Format kina hollywoodzkiego.
To było ciekawe, ale nie najważniejsze.
W pewnym momencie okazało się, że skończyła się kukurydza na popcorn i wino.
Kiedyś pewnie bym nie zareagował.
Albo pojawiłby się stary wzorzec:
Niech sobie sami kupują.
Znowu ja?
Nie będę wykorzystywany.
Ale tego wieczoru byłem ponad tym wzorcem.
Niedawno zmywałem naczynia i nie miało to żadnego znaczenia.
Mogłem pójść.
Więc poszedłem.
Zrobiłem sobie krótki spacer po kukurydzę i wino.
Rodzinie przyniosło to frajdę.
Ale nie poszedłem po ich radość.
Nie poszedłem po uznanie.
Nie poszedłem po rolę dobrego człowieka.
Poszedłem, bo mogłem.
Bo chciałem.
Bo było lekko.
Bo to harmonijnie połączyło się z wieczorem.
Gdy znika wzorzec, zostaje prostota.
Gitara
Końcówka wieczoru przyniosła coś bardzo ważnego.
Prawdziwą radość.
Jednym z moich narzędzi mistrzowskich jest gitara.
A właściwie moje gitary.
Nie chodzi tylko o instrument.
Chodzi o sposób podejścia.
Dziś, kiedy biorę gitarę do ręki, robię to wtedy, kiedy czuję, że to właściwy moment.
Dostrajając się do rzeczywistości.
Nie zmuszam się.
Nie przekraczam siebie przemocą.
Nie gram po to, żeby coś udowodnić.
Nie walczę z chwilą słabości.
Czekam na moment.
Wczoraj wieczorem poczułem neutralność i gotowość.
Wziąłem gitarę.
Podłączyłem wzmacniacz.
Było już późno.
Zacząłem grać.
Było mi dobrze, choć w trakcie pojawiały się dialogi wewnętrzne.
Jakiś aspekt mnie, prawdopodobnie mój wewnętrzny muzyk, zastanawiał się, co będziemy grać dalej.
Jakie akordy przyjdą.
Jakie riffy mają się pojawić.
Inny aspekt zastanawiał się, czy to, co gram, komuś się spodoba.
Byłem tego świadom.
Zamknąłem oczy.
Połączyłem się z moim jestestwem.
Z istnieniem.
Z przepływem.
Po krótkiej chwili przyszedł efekt.
Zagrałem nową wersję jednej z moich dojrzałych piosenek, jednej z moich kompozycji.
Delikatnie zmieniłem aranżację.
Pojawiły się nowe riffy.
Ciekawe.
Żywe.
Wzbogacające mój arsenał.
A przede wszystkim pojawił się nowy wewnętrzny utwór w formie muzyki funkowej, którą bardzo lubię.
To było piękne uczucie.
Muzyka była ze mną jeszcze długo po tym, gdy przestałem grać.
Czułem, że to, co zrobiłem, połączone z sercem, popłynęło w rzeczywistość.
W przestrzeń.
Niezależnie od tego, czy jest to racjonalne, czy nie.
To był piękny finał wieczoru.
Mistrzowski dzień nie jest idealny
Tak wyglądają moje dni.
Oczywiście każdy układa się inaczej.
Pojawiają się sesje, konsultacje, praca, pisanie, rozmowy, muzyka, sprawy praktyczne, rodzina, zdrowie, obowiązki, twórczość.
Nie wszystko zawsze układa się idealnie.
Zdarzają się momenty intensywne.
Zdarzają się kłótnie.
Zdarzają się mocne wymiany zdań.
Zdarza się, że w ruchu drogowym manifestuję gestami swoją reakcję na marność niektórych decyzji kierowców.
Nie jestem posągiem.
Nie jestem ideałem.
Nie jestem człowiekiem bez emocji.
Ale to nie ma decydującego znaczenia.
Bo to są chwile.
Najważniejsze jest to, że coraz częściej towarzyszy mi świadomość.
Obecność.
Poczucie ścieżki.
Poczucie przestrzeni mistrzowskiej.
Świadomość przepływu światła.
Przyzwolenie na najlepszą formę rozwoju tego, co mnie spotyka.
Przepis na mistrzowski dzień
Gdybym miał sformułować najprostszy przepis na mistrzowski dzień, powiedziałbym tak:
Bądź obecny.
Bądź obecnością.
Bądź świadomy.
Bądź teraz.
Nie odpływaj w przyszłość.
Nie zostawaj w przeszłości.
Wracaj do chwili, w której jesteś.
Bądź świadomy swojej ścieżki.
Bądź otwarty.
Dbaj o swoją przestrzeń.
Sprzątaj ją.
Udostępniaj ją swojej jaźni.
Przyzwól, żeby twoja droga mistrzowska manifestowała się w najlepszy dla ciebie sposób.
Nie musisz czuć się gotowy, żeby działać.
Czasem działanie tworzy gotowość.
Nie musisz pokonać lęku przed ruchem.
Czasem wyprzedzasz lęk ruchem.
Lęk często potrzebuje czasu na rozrost.
Potrzebuje wyobrażeń.
Scenariuszy.
Odkładania.
Kiedy podejmujesz prostą decyzję, skracasz mu przestrzeń operacyjną.
Energia podąża za decyzją.
Nie za wahaniem.
Mistrzowski dzień nie jest dniem bez trudności.
Jest dniem, w którym trudność nie odbiera ci obecności.
Nie jest dniem bez lęku.
Jest dniem, w którym lęk nie podejmuje za ciebie decyzji.
Nie jest dniem bez błędów.
Jest dniem, w którym błędy stają się informacją.
Nie jest dniem bez codzienności.
Jest dniem, w którym codzienność staje się ścieżką.
Podążaj przez swoje doświadczenia tak, aby stawały się źródłem twojej mądrości.
To wystarczy.
Bo mistrzostwo nie zawsze objawia się w wielkich słowach.
Czasem objawia się wtedy, gdy człowiek patrzy w lustro z szacunkiem.
Robi kawę w ciszy.
Jedzie po pieczywo w słońcu.
Rozmawia z dzieckiem.
Sprząta kuchnię.
Nie łamie przepisów mimo pośpiechu.
Oddycha na fotelu dentystycznym.
Gotuje z sercem.
Idzie po kukurydzę.
Gra na gitarze.
I wie, że właśnie w tym wszystkim jego życie naprawdę się manifestuje.
Domknięcie dnia — wdzięczność jako część mistrzostwa
Na koniec jest jeszcze jeden element mojego dnia, który ma dla mnie ogromne znaczenie.
Każdy mój dzień, zanim zasnę, kończy się bardzo podobnie.
Siadam w ciszy.
Najczęściej na łóżku.
Świat powoli milknie.
Dom uspokaja się po całym dniu.
Gasną ostatnie bodźce.
I wtedy wracam do siebie.
Oddycham głęboko.
Spokojnie.
Bez pośpiechu.
Bez zadania do wykonania.
Bez potrzeby osiągania czegokolwiek.
Po prostu oddycham.
Łączę się z istnieniem.
Łączę się z obecnością.
Wracam do teraz.
To jest moment, w którym dzień przestaje być ciągiem wydarzeń, a staje się doświadczeniem.
To jest moment, w którym nie analizuję już wszystkiego, nie osądzam, nie rozkładam dnia na części pierwsze.
Jestem.
I z tego miejsca zaczyna płynąć wdzięczność.
Wyrażam wdzięczność za poranek.
Za to, że się obudziłem.
Za to, że dostałem kolejny dzień życia.
Wyrażam wdzięczność za słońce, które świeciło na mnie, gdy jechałem rowerem.
Za światło, które mogłem przyjąć.
Za prostą radość bycia w ruchu.
Wyrażam wdzięczność za to, jak potoczyła się wizyta u dentysty.
Za to, że przeszedłem przez nią świadomie.
Za to, że byłem obecny.
Za to, że zobaczyłem swój dawny lęk i nie oddałem mu steru.
Wyrażam wdzięczność za to, że nie złamałem przepisów.
Za to, że nie wszedłem w agresję.
Za to, że wybrałem spokój zamiast pośpiechu.
Za to, że zaufałem właściwemu tempu rzeczywistości.
Wyrażam wdzięczność za to, co ugotowałem.
Za smak.
Za kreację.
Za możliwość karmienia bliskich.
Za zwykłe niezwykłe chwile przy stole.
Wyrażam wdzięczność za muzykę.
Za riff, który się pojawił.
Za dźwięki, które przyszły.
Za funk, który był ze mną tego wieczoru.
Za tę energię, która przepłynęła przeze mnie i przeze mnie wyraziła się w świecie.
Wyrażam wdzięczność za wszystko, co zostało dane i wszystko, przez co przeszedłem.
I pozwalam, aby ta wdzięczność płynęła w przestrzeń.
Nie jako obowiązek.
Nie jako technika.
Nie jako afirmacja.
Jako naturalny oddech serca.
Bo wdzięczność nie jest uprzejmym dodatkiem do życia.
Wdzięczność jest formą świadomości.
Jest rozpoznaniem wartości tego, co już jest.
Jest zauważeniem dobra, które często ukrywa się w prostocie.
Jest znakiem dojrzałości.
Jest częścią mistrzostwa.
Na końcu zadaję sobie jedno proste pytanie:
Czy ten dzień był dobry?
I jeśli odpowiadam uczciwie, odpowiedź bardzo często brzmi:
Tak.
To był dobry dzień.
Nie dlatego, że był idealny.
Nie dlatego, że wszystko poszło zgodnie z planem.
Nie dlatego, że nie było wyzwań.
Był dobry dlatego, że był przeżyty świadomie.
Był dobry dlatego, że byłem w nim obecny.
Był dobry dlatego, że uczestniczyłem w nim naprawdę.
Jestem za to wdzięczny.
I z taką wdzięcznością zasypiam.
A jutro zacznie się kolejny dzień mistrzostwa.



































