Kiedy tylko się obudzę artretyzm myśli
znowu nagminnie wygina mój poranek
pokazując mi okropne rzeczy.
Ta złudna iluzja wydaje się być prawdą mojego świata.
Gdybym był pewien, że tak jest, już dawno szukałbym w Hollywood gnata.
I palnąłbym sobie w łeb
pistoletem hartowanym
przez tysiące lat ciśnieniem popeliny.
Iluzja pracy, chorób, szczepionek, młodości i kariery
zawsze tworzyła moje śniadania.
Zawsze takie same:
Zupa mleczna z adrenaliny, wizja ciała dziewczyny
A na deser ciastko z serotoniny.
Potem cały dzień w Monopol granie.
A wieczorem strzał z nikotyny
na imieninach u Malwiny,
która opowiada wszystkim
z wyższego świata nowiny.
Lubimy tego słuchać choć
żadne z nas się tam nie dostanie
Będziemy raczej (za to) zbierać
codziennej egzystencji lanie.
A może jednak kawa nam pomoże?
Może będziemy uważali się za ofiary wojny
I lepiej od Ukraińców sprzedamy zboże.
I choćby mój bank do mnie dzwonił - będę spokojny.
Tak!
To mi się podoba!
Morze, morze, morze i „O” z Maanamu!
Tak!
Coś chyba się zmienia,
w końcu moje słońce wychodzi z nocy cienia.
Idę wreszcie zmyć z siebie brudy tej nocy.
Moje ciało jak stary diesel wolno się rozgrzewa.
W końcu coś widzę.
W nowym świetle kłaniają mi się zaokienne drzewa.
Może moje serce w końcu się obudzi.
Gorąca woda z mydłem pomoże moje rany zmyć.
A umysł nigdy więcej mnie nie zbałamuci.
I nie będę wybierać czy wolę być
Working class hero
czy
Last action hero
Tak, tak, tak Mistrzu, wiem.
Wiem, że to wszystko nieprawda.
Wiem, że do wniesienia na moją górę czasami to wszystko bywa bardziej niż ciężkawe…
Dobrze!
Dość tego!
Dość myślenia!
W końcu wstaję powłócząc nogami i idę na kawę.
Warszawa, 24 listopada 2023



































