Od czyszczenia do rozgaszczania się wolności
Integracja nie była tylko wysiłkiem czyszczenia.
Jej istotą było stopniowe rozgaszczanie się wewnętrznej wolności.
Dziś widzę, po co ona była i co we mnie uwolniła.
Dlaczego piszę ten tekst teraz
Siadam do napisania tego artykułu już od jakiegoś czasu, ale coś we mnie — jakiś aspekt — niedelikatnie mnie przed tym powstrzymuje. Może to część mnie, która nie chce się jeszcze zintegrować, a może samo napisanie tego tekstu jest dla mnie inicjacją.
Inicjacją zakończenia tego procesu.
Tej właśnie fazy integracji. Fazy mojej ścieżki. Dosyć długiego etapu mojego rozwoju — procesu, który był najbardziej intensywny, stanowił największe wyzwanie, a jednocześnie przyniósł najszybsze zmiany, dostrzegalne niemal natychmiast.
A może to nie przypadek, że dzieje się to właśnie teraz. Może to metafora zamykania tego rozdziału — rozdziału integracji. A może wszystko naraz. A może umysł ma trudność, by w sposób uporządkowany opisać coś, czego nie da się w pełni oddać językiem. A może wszystko naraz…
Wszystko, czym dzielę się poniżej, jest wynikiem moich doświadczeń oraz próbą wydobycia z nich mądrości — tego, co było na tej ścieżce najważniejsze. W poprzednim artykule opisałem moją drogę, dzieląc ją na kilka faz i etapów.
Ten tekst nie jest instrukcją, mapą ani obietnicą dla innych. Jest zapisem mojego konkretnego doświadczenia i mojej drogi — nie modelem do powielania ani historią do porównywania.
Etapy ścieżki i miejsce, z którego piszę
Moje życie mogę dziś podzielić na kilka głównych etapów: życie przed przebudzeniem, samo przebudzenie, następnie integrację oraz etap, który obecnie widzę — manifestację mistrzostwa w codziennym życiu.
Dzielenie tej drogi na sztywne, domknięte fazy jest próbą porządkowania. W rzeczywistości etapy te przenikają się i stopniowo przechodzą jedne w drugie.
Mój proces nie był liniowy. Różne aspekty poszczególnych etapów pojawiały się z czasem coraz rzadziej i z coraz mniejszą intensywnością, aż w końcu zanikały. Gdybym miał umieścić siebie dziś na tej ścieżce, powiedziałbym, że znajduję się w fazie przejściowej — pomiędzy integracją a manifestacją mistrzostwa w codzienności. To z tego miejsca piszę ten tekst.
Wciąż doświadczam aspektów integracji, a jednocześnie coraz wyraźniej wchodzę w przestrzeń manifestacji.
Słowo „integracja” jest dla mnie kluczowe. Oznacza wejście w nową świadomość i jej utrwalenie w umyśle, ciele, duszy — i w samej świadomości.
Moje Mistrzowskie Ja i moi mistrzowie mówili o integracji jako o przesunięciu osi świadomości i wejściu w nowy sposób bycia — w manifestację zmiany w życiu codziennym.
Wszelkie próby opisania tego procesu za pomocą pojęć umysłowych i metodologii są karkołomne. Język ma tu wiele ograniczeń.
Mój Mistrz powiedziałby zapewne, że ci, którzy są gotowi i czytają ten tekst, dostroją się do przekazu świadomości, który stoi za słowami.
Ile to trwało i skąd wiem, że się kończy
Proces integracji trwał u mnie kilkanaście lat. Rozpoczął się niedługo po przebudzeniu i dziś dobiega końca. Skąd to wiem? Po tym, że procesy integracyjne pojawiają się coraz rzadziej i są coraz lżejsze. Większość z nich już się zakończyła.
Integracja przebiegała cyklicznie — powracając w falach o coraz mniejszym natężeniu i częstotliwości. Dzięki temu zmiany nie były zbyt gwałtowne, a umysł, układ nerwowy i struktury energetyczne mogły się do nich dostosować i ugruntować.
Moje ciało — zwłaszcza układ nerwowy — wytrzymywało te zmiany, a moje najbliższe otoczenie, głównie rodzina, przeszło przez ten czas bez większego szoku.
Cykliczność była pierwszą cechą integracji.
Cykle i inicjacje
Drugą były inicjacje. Miałem ich wiele. Polegały na szybkim, czasem gwałtownym przejściu świadomości ze starego stanu do nowego. Oznaczało to porzucenie tego, co znane, i przekroczenie granicy, której strzegły stare struktury — co często rodziło opór, który należało przekroczyć.
Zmiany te zachodziły jednocześnie na wszystkich poziomach: psychicznym, fizycznym, energetycznym, w jaźni i w świadomości. Przybierały różne formy: chorób, zmian w programach umysłu, przekonań, wzorców karmicznych i społecznych.
W świecie zewnętrznym wiązały się ze zmianą pracy, stylu życia, relacji, porzucaniem dawnych zobowiązań, przysiąg, ról i zainteresowań.
Część inicjacji inicjowałem sam, większość była prowadzona przez moją jaźń — i cieszę się z tego, bo uwzględniała całość mojej sytuacji.
Oddanie prowadzenia jaźni: przyzwolenie, zaufanie, akceptacja
Dość szybko przestałem sterować procesem i oddałem prowadzenie jaźni. Oznaczało to pełne przyzwolenie na wszystko, co się ze mną działo, zaufanie procesowi oraz bezwarunkową akceptację zmian, ich tempa i formy.
Miłość do siebie, która z tego wynikła, nie przyszła od razu, ale z czasem stała się motorem wszystkich moich zmian.
Integracja była moim celem. Serce trzymało mnie na kursie, nawet gdy nie wiedziałem, dokąd on prowadzi. Nigdy nie chciałem się wycofać — nawet wtedy, gdy pojawiał się gniew, rozpacz czy ból.
Nawet choroba nowotworowa, operacje i rehabilitacja nie zatrzymały mnie. Wręcz przeciwnie — pogłębiły zaufanie.
Relacje, otoczenie i „etykieta wariata”
Jednym z największych wyzwań były relacje z rodziną. Znajomi zmieniali się szybko, rodzina pozostawała ta sama — pełna lęku o to, co się ze mną dzieje.
Bywały naprawdę trudne chwile. Pakowałem plecak siedemnaście razy. Dawni znajomi patrzyli ze zdziwieniem. Czasem nazywali mnie wariatem — etykieta niezwykle użyteczna, bo daje spokój.
Wszystko się zmieniało. I to bardzo szybko.
Integracja jako proces uwalniania wolności
Z perspektywy czasu widzę, że większość integracji była czyszczeniem starych aspektów mnie — struktur o dawnych wibracjach, które były uwalniane i przetwarzane.
Proces ten obejmował również sny — ciało śniące, jak nazwałby to Arnold Mindell. Sny pokazywały, co się domyka, a co jest jeszcze w pracy.
Noce bywały ciężkie. Ciało bolało. Z czasem nauczyłem się akceptować ból, obejmować go, aż łagodniał.
Nazwaliłem to wizytami w piekle. Piekło okazało się drogą do nieba.
Z czasem uwalniały się gniew, agresja, irytacja. Zniknęło pojęcie „zła” — pozostało doświadczenie.
Pojawiła się wolność. Nowy oddech. Radość bez euforii. Zwykła codzienność stała się źródłem zachwytu.
Wsparcie mistrzów i Mistrzowskiego Ja
W trudnych momentach doświadczałem wsparcia mistrzów: Tobiasza, Adamusa Saint-Germaina, Yeshui, Kutumiego i innych. Nie wykonywali za mnie pracy — dawali obecność.
Coraz wyraźniej czułem obecność mojego Mistrzowskiego Ja — jakby stało tuż za moimi plecami. To wsparcie było realne.
Pieczęć
Ten tekst nie jest podsumowaniem drogi, lecz śladem jej przejścia.
Nie zamyka procesu — potwierdza jego ugruntowanie.
Integracja dokonała się nie przez wysiłek, lecz przez przyzwolenie.
A wolność, która się rozgościła, nie potrzebuje już żadnych dowodów.




































