
Od pewnego czasu chodzi za mną potrzeba napisania artykułu na temat hipnozy.
Potrzeba podzielenia się moimi obserwacjami, wnioskami, odkryciami oraz tym, co wydaje mi się w tym temacie szczególnie istotne.
Mówię „od pewnego czasu”, ponieważ ta potrzeba co jakiś czas wraca.
Pojawia się.
Przypomina o sobie.
Wracam do niej raz po raz.
I w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać…
czy przypadkiem samo to nie jest już pewną formą hipnozy.
Czy nie wszedłem właśnie w hipnozę napisania artykułu o hipnozie.
Pomyślałem więc, że być może najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu zamienić to w działanie.
Usiąść.
Napisać.
I zobaczyć, co się wydarzy.
Może właśnie w ten sposób wychodzi się z hipnozy.
Coraz bardziej widzę, że ogromna część tego, co nazywamy rzeczywistością, działa podobnie do hipnozy.
I nie mam tutaj na myśli scenicznej hipnozy, w której ktoś zasypia pod wpływem głosu hipnotyzera.
Mam na myśli znacznie głębszy i bardziej powszechny mechanizm.
Hipnozę psychiczną.
Hipnozę emocjonalną.
Hipnozę społeczną.
Hipnozę tożsamości.
Hipnozę cierpienia.
Hipnozę lęku.
Hipnozę walki.
Hipnozę potrzeby kontroli.
Hipnozę potrzeby uznania.
Hipnozę bycia ofiarą.
Hipnozę ciągłego udowadniania własnej wartości.
Im głębiej obserwuję siebie i świat, tym bardziej widzę, że wiele struktur, które wydają się naturalne, działa przede wszystkim dzięki:
powtarzalności,
automatyzmowi,
emocjonalnemu przywiązaniu,
brakowi świadomości
oraz wieloletniemu utrwalaniu określonych reakcji.
To właśnie dlatego te struktury bywają tak trudne do przekroczenia.
Nie dlatego, że są absolutnie prawdziwe.
Ale dlatego, że człowiek przyzwyczaja się do nich tak mocno, że zaczyna uznawać je za siebie.
I właśnie tutaj zaczyna się jedno z największych wyzwań na ścieżce świadomości.
Bo przekraczanie hipnozy nie polega wyłącznie na zrozumieniu czegoś.
To byłoby zbyt proste.
Można rozumieć bardzo wiele rzeczy i nadal pozostawać całkowicie zahipnotyzowanym przez własne mechanizmy.
Prawdziwe przekraczanie zaczyna się dopiero wtedy, gdy świadomość zaczyna widzieć własne automatyzmy w czasie rzeczywistym.
Gdy zaczyna widzieć:
jak emocja przejmuje sterowanie,
jak lęk tworzy interpretację rzeczywistości,
jak umysł buduje historie,
jak ciało reaguje według dawnych zapisów,
jak stare doświadczenia tworzą filtr postrzegania,
jak człowiek odruchowo wraca do znanych stanów — nawet wtedy, gdy te stany go niszczą.
To bywa bardzo trudne doświadczenie.
Bo w pewnym momencie człowiek zaczyna odkrywać, że nie walczy już wyłącznie z pojedynczym problemem.
Zaczyna odkrywać, że całe jego postrzeganie rzeczywistości może być częściowo oparte na hipnotycznych strukturach.
I właśnie dlatego przebudzenie nie zawsze jest przyjemne.
Czasami przypomina wychodzenie z bardzo głębokiego transu.
Czasami przypomina odzyskiwanie świadomości po wielu latach funkcjonowania w automatycznych reakcjach.
Czasami przypomina moment, w którym człowiek po raz pierwszy naprawdę widzi:
ile decyzji podejmował z lęku,
ile relacji budował z braku siebie,
ile działań wynikało z potrzeby akceptacji,
ile emocji było podtrzymywanych przez nieświadome przywiązanie do cierpienia.
I nie piszę tego z pozycji człowieka „przebudzonego ponad innymi”.
Piszę to jako człowiek, który sam doświadcza tego procesu.
Psychologiczne rozumienie hipnozy
Co ciekawe, samo pojęcie hipnozy nie jest wyłącznie metaforą.
Psychologia, psychiatria oraz neuronauka od bardzo dawna zajmują się zjawiskiem hipnozy i stanów transowych.
W klasycznym rozumieniu hipnoza oznacza stan zmienionej świadomości, w którym:
— zawęża się pole uwagi,
— wzrasta podatność na sugestię,
— osłabia się krytyczna analiza bodźców,
— a określone reakcje emocjonalne i behawioralne zaczynają działać bardziej automatycznie.
W wielu definicjach podkreśla się również, że hipnoza wiąże się z częściowym zawieszeniem świadomej kontroli poznawczej oraz zwiększonym wpływem procesów nieświadomych.
To bardzo interesujące.
Ponieważ im głębiej obserwuję mechanizmy funkcjonowania człowieka, tym bardziej widzę, że ogromna część naszego codziennego życia przypomina właśnie taki stan częściowego transu.
Nie zawsze jest to hipnoza w sensie klinicznym.
Ale bardzo często jest to funkcjonowanie w powtarzalnych, automatycznych wzorcach reakcji, które przejmują sterowanie nad świadomością.
Tematem hipnozy zajmowało się wiele nurtów psychologii i psychiatrii.
Jednym z pierwszych znanych badaczy był Franz Anton Mesmer, który już w XVIII wieku próbował opisywać zjawiska transowe oraz wpływ sugestii na organizm człowieka.
Później ogromną rolę odegrał Jean-Martin Charcot, który badał stany hipnotyczne u pacjentów neurologicznych oraz próbował klasyfikować mechanizmy transu.
Duży wpływ na rozwój rozumienia nieświadomości miał również Sigmund Freud, który początkowo korzystał z hipnozy w pracy terapeutycznej, zanim rozwinął własną metodę psychoanalizy.
Jednym z najważniejszych terapeutów związanych z nowoczesnym rozumieniem hipnozy był jednak Milton Erickson.
To właśnie on pokazywał, że hipnoza nie musi oznaczać utraty kontroli ani spektakularnego transu scenicznego.
Według Ericksona człowiek bardzo często spontanicznie wchodzi w naturalne stany transowe w codziennym życiu:
podczas jazdy samochodem,
powtarzalnych czynności,
silnych emocji,
intensywnego skupienia,
a nawet podczas rozmowy.
Współczesna psychologia oraz neuronauka coraz częściej opisują również rolę:
automatyzmów poznawczych,
reakcji nawykowych,
uwarunkowań emocjonalnych,
mechanizmów dopaminowych,
oraz funkcjonowania układu nerwowego w stanach przewlekłego stresu i pobudzenia.
I być może właśnie dlatego temat hipnozy wydaje mi się dziś tak ważny.
Ponieważ coraz bardziej widzę, że ogromna część ludzkiego cierpienia nie wynika wyłącznie ze „złych decyzji”.
Ale z funkcjonowania w nieświadomych strukturach transowych, które przez lata zostały uznane za normalne życie.
Etap mojego życia
Hipnoza to również nazwa etapu mojej własnej ścieżki, w której obecnie jestem.
Etapu, który — dla komfortu umysłu i pewnej systematyki — nazywam manifestacją.
Charakteryzuje się on coraz głębszym doświadczaniem istoty siebie.
Zanurzaniem się w sobie.
Powrotem do tego, kim naprawdę jestem.
Powrotem do istoty własnej świadomości.
Ta faza ma jednak również inny aspekt.
Aspekt, który nazwałbym procesem ostatecznego oczyszczania.
Czyszczenia na najniższym poziomie.
Istotą tego procesu jest uwalnianie się od programów, struktur, przekonań i tożsamości starego życia, starego świata i starego „ja”.
To czyszczenie jest specyficzne, ponieważ sięga do bardzo głębokich zasobów:
struktur umysłu,
struktur mentalnych,
programów społecznych,
programów rodzinnych,
odziedziczonych wzorców,
a także bardzo starych automatyzmów działania.
W moim przypadku ten proces trwa właściwie od zawsze — uśmiech.
Ale to, co jest teraz szczególnie charakterystyczne, to fakt, że głównym przedmiotem oczyszczania stają się struktury niskopoziomowe.
Najgłębsze.
Działające niemal automatycznie.
Struktury niezwykle podobne do stanu hipnozy.
Programy hipnotyczne
Tak zwane programy hipnotyczne dotyczą właściwie wszystkich obszarów życia.
Dotyczą fizjologii człowieka.
Układu nerwowego.
Relacji z otoczeniem.
Percepcji rzeczywistości.
Codziennych nawyków.
Sposobu reagowania.
Podejmowania decyzji.
Systemu wyborów.
Sposobu odpoczywania i zabawy.
Ale sięgają również znacznie głębiej.
Dotyczą programów życiowych.
Tożsamości.
Ról społecznych.
Relacji partnerskich.
Relacji zawodowych.
Misji życiowych.
Sposobu funkcjonowania w społeczeństwie.
W pewnym sensie dotyczą niemal całej struktury ludzkiego doświadczenia.
I właśnie dlatego mam poczucie, że moment dotarcia do własnych hipnoz jest momentem bardzo ważnym.
Być może jednym z najważniejszych etapów całej ścieżki świadomości.
Bo człowiek zaczyna odkrywać, że ogromna część jego działania nie wynika wyłącznie ze świadomego wyboru.
Ale z bardzo głęboko utrwalonych mechanizmów automatycznego uczestnictwa w określonych stanach.
I moim zdaniem praca z tymi hipnozami bywa jednym z największych wyzwań.
Szczególnie wtedy, gdy struktury te są bardzo stare.
Bardzo głęboko zapisane.
Powtarzane przez lata.
Wzmacniane emocjonalnie.
A czasem przekazywane rodowo lub społecznie.
Ale jednocześnie coraz bardziej widzę, że jeśli człowiek ma w sobie prawdziwą intencję przejścia przez ten proces — wszystko staje się wyłącznie kwestią czasu.
Bo kluczem nie jest walka.
Kluczem nie jest brutalne kontrolowanie siebie.
Kluczem nie jest również budowanie kolejnej duchowej strategii.
Najważniejsza jest prawdziwa intencja.
Prawdziwa zgoda na zobaczenie mechanizmów.
Prawdziwa gotowość pozostawienia za sobą świata kompulsji, uzależnień emocjonalnych i powtarzalnych struktur cierpienia.
Nie poprzez odrzucenie życia.
Ale poprzez dojrzewanie do nowej jakości obecności.
Coraz bardziej widzę, że nie potrzeba do tego skomplikowanych technik.
Nie potrzeba kolejnych metod kontroli siebie.
Nie potrzeba tworzenia nowej duchowej dyscypliny.
Wystarczy prawdziwe przyzwolenie.
Wewnętrzna zgoda.
Intencja serca.
Stworzenie przestrzeni, w której świadomość zaczyna sama widzieć to, co przez lata pozostawało ukryte.
I właśnie tutaj zaczyna się coś bardzo ciekawego.
Bo kiedy człowiek naprawdę zaczyna widzieć swoje hipnozy, nie musi już z nimi walczyć.
Widzenie samo zaczyna rozpuszczać część mechanizmów.
Nie od razu.
Nie gwałtownie.
Nie magicznie.
Ale bardzo realnie.
I być może właśnie dlatego tak ważna staje się obecność.
Nie analizowanie wszystkiego bez końca.
Nie obsesyjne poprawianie siebie.
Ale spokojne uczestniczenie w tym, co się ujawnia.
Świadomość bycia.
Świadomość uczestnictwa.
Świadomość tego, co naprawdę dzieje się wewnątrz nas.
Moje własne hipnozy
Podaję przykłady moich własnych hipnoz nie po to, żeby dokonywać emocjonalnego obnażania siebie.
Piszę o tym z zupełnie innego powodu.
Chcę pokazać konkretne przykłady mechanizmów, ponieważ mam poczucie, że wielu ludzi szuka swoich hipnoz wyłącznie w rzeczach bardzo spektakularnych albo skrajnie destrukcyjnych.
A tymczasem bardzo często hipnozy są ukryte właśnie w tym, co uznaliśmy za „siebie”.
W naszych rolach.
Talentach.
Sposobach działania.
Tożsamościach.
Mechanizmach przetrwania.
Hipnoza sprzątacza
Zanim usiadłem do tworzenia tego artykułu, zacząłem sprzątać moją przestrzeń.
Mój pokój.
Moją kuchnię.
Chciałem stworzyć przestrzeń do pisania.
I właśnie wtedy zauważyłem, że wszedłem w trans sprzątania.
Zacząłem sprzątać coraz intensywniej.
Odkrywać kolejne rzeczy do wyczyszczenia.
Kolejne przedmioty do przestawienia.
Kolejne miejsca do uporządkowania.
Uruchomiłem automatyczny odkurzacz.
Zmyłem naczynia.
Przegrupowałem część rzeczy.
Zmieniłem układ przedmiotów.
I nagle zorientowałem się, że wszedłem głębiej, niż naprawdę chciałem.
Jakby program przejął sterowanie.
Chwilę zajęło mi wyjście z tego transu.
I właśnie dlatego o tym piszę.
Ponieważ chciałem pokazać przykład jednej z moich własnych niskopoziomowych hipnoz.
Jednym z najmocniejszych moich programów jest właśnie program sprzątacza.
Czyściciela.
Tego, który:
porządkuje,
usuwa,
naprawia,
wprowadza dyscyplinę,
doprowadza przestrzeń do ładu.
Jestem nałogowym czyścicielem.
To jedna z podstawowych funkcji mojego systemu.
I co ciekawe — przez wiele lat uważałem to wyłącznie za zaletę.
Dzisiaj widzę to znacznie głębiej.
Widzę, że pod powierzchnią zwykłego sprzątania bardzo często działał mechanizm regulowania napięcia.
Mechanizm odzyskiwania kontroli.
Mechanizm obniżania chaosu wewnętrznego poprzez porządkowanie przestrzeni zewnętrznej.
To nie znaczy, że sprzątanie jest czymś złym.
Wręcz przeciwnie.
Czyszczenie przestrzeni może być bardzo piękne, wspierające i potrzebne.
Różnica polega na świadomości.
Na tym, czy ja sprzątam świadomie…
czy też program sprzątacza przejmuje mnie i wciąga w hipnotyczny ciąg działania.
Przypomina mi się tutaj stary film Nikita.
Jeśli ktoś go widział, prawdopodobnie pamięta postać „czyściciela”, która pojawia się pod koniec filmu.
Kiedy oglądam tę postać, mam bardzo silne wewnętrzne skojarzenie.
Czuję się właśnie jak taki czyściciel.
Ktoś, kto pojawia się po to, żeby szybko zrobić porządek.
Usunąć chaos.
Oczyścić przestrzeń.
Doprowadzić wszystko do określonego stanu.
I właśnie dlatego ten przykład jest dla mnie tak ważny.
Bo pokazuje, że nawet pozornie pozytywne mechanizmy mogą mieć w sobie element hipnotycznego przymusu.
A świadomość zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym człowiek potrafi zatrzymać się i powiedzieć:
„Widzę to.”
Hipnoza zbawiciela
Kolejnym programem hipnotycznym, który bardzo wyraźnie obserwuję w sobie, jest program zbawiciela.
Bardzo często czuję się odpowiedzialny za inne osoby.
Jestem gotów pomagać.
Prowadzić.
Ratować.
Dawać rady.
Wspierać.
A czasami wręcz wyręczać innych w ich własnym procesie życia.
I właśnie z tym bardzo mocno związana była również moja droga zawodowa:
coaching,
terapia,
prowadzenie ludzi,
towarzyszenie im w zmianie.
Nie widzę w tym nic złego.
Ale widzę również cień tego mechanizmu.
Widzę, że w stanie hipnotycznego uruchomienia programu zbawiciela zaczynam przejmować odpowiedzialność za innych ludzi.
Jakbym podświadomie uznawał, że:
muszę ich uratować,
muszę ich przeprowadzić,
muszę coś za nich zrobić,
muszę pomóc im bardziej niż oni sami sobie pomagają.
A to bardzo subtelna pułapka.
Ponieważ człowiek odpowiedzialny bardzo łatwo zaczyna organizować rzeczywistość także za innych.
I właśnie dlatego ten mechanizm bywa tak trudny do zauważenia.
Bo często jest społecznie nagradzany.
Człowiek odpowiedzialny.
Pomocny.
Silny.
Ten, który „ogarnia”.
Ten, który niesie światło.
Ten, który prowadzi.
Ten, który wspiera.
Przez wiele lat funkcjonowałem częściowo właśnie w takiej strukturze.
I bardzo często wiązało się to również z cierpieniem.
Dzisiaj widzę, że była w tym pewna forma mistycznej hipnozy.
Hipnozy zbawcy.
Widzę ją.
Jestem jej świadomy.
I właśnie ta świadomość zaczyna powoli odbierać jej władzę.
Hipnoza kończenia i dowożenia
Z programem zbawiciela bardzo mocno wiąże się jeszcze jedna moja niskopoziomowa hipnoza.
Pośpiech.
Dążenie do zakończenia.
Potrzeba domykania.
Mam ogromną tendencję do kończenia rzeczy.
Do zamykania procesów.
Do „dowożenia” wszystkiego do końca.
I co ciekawe — ten mechanizm jest bardzo skuteczny.
Projekty, które prowadzę, niemal zawsze są realizowane.
Kończę to, co zaczynam.
Doprowadzam sprawy do końca.
Ale jednocześnie widzę również drugą stronę tego mechanizmu.
Widzę pośpiech.
Widzę wewnętrzne napięcie związane z potrzebą zamknięcia procesu.
Widzę trudność pełnego pozostawania w chwili obecnej.
Czasami wygląda to bardzo subtelnie.
Siedzę w kinie i oglądam piękny film.
Jestem poruszony.
Doświadczam chwili.
A jednocześnie jakaś część mojego umysłu już zaczyna pytać:
„Kiedy to się skończy?”
„Co będę robił po wyjściu?”
„Jak będzie wyglądał powrót?”
To niezwykle ciekawe doświadczenie.
Jakby część świadomości była stale skierowana ku końcowi procesu.
Jakby sam moment domknięcia miał w sobie określony ładunek bezpieczeństwa lub ulgi.
I właśnie dlatego widzę dziś bardzo wyraźnie:
trans kończenia,
trans dowożenia,
trans zamykania
jest jedną z moich najgłębszych hipnoz.
I co ciekawe — przez wiele lat uważałem to za wyłącznie zaletę.
Za oznakę skuteczności.
Za dowód siły charakteru.
Dzisiaj widzę również koszt tego mechanizmu.
Bo pośpiech bardzo często odbiera możliwość prawdziwego doświadczenia chwili obecnej.
Nie pozwala zanurzyć się w procesie.
Cały czas kieruje uwagę ku końcowi.
A przecież życie nie dzieje się wyłącznie na końcu procesu.
Życie dzieje się również po drodze.
Hipnoza nauczyciela
Jedną z moich hipnoz jest również hipnoza nauczyciela.
Mentora.
Wykładowcy.
Kogoś, kto tłumaczy świat innym.
To niezwykle atrakcyjny dla mnie trans.
Pobudza do zdobywania wiedzy.
Do odkrywania nowych rzeczy.
Do zgłębiania różnych dziedzin.
Do nieustannego rozwoju intelektualnego.
Ale jednocześnie zauważyłem, że ten program potrafi przejmować ogromną część mojego życia wewnętrznego.
Czasami mój umysł przez wiele godzin prowadzi nieustanne wykłady.
Tworzy dyskusje akademickie.
Polemizuje.
Buduje argumentacje.
Prowadzi wewnętrzne debaty.
Tworzy dowody i kontrdowody.
Potrafi zajmować mnie to przez bardzo długi czas.
Wpływało to nawet na sposób, w jaki czytałem książki.
Zwłaszcza te ważniejsze.
Naukowe.
Filozoficzne.
Psychologiczne.
Bardzo często podczas czytania automatycznie zaczynałem powtarzać sobie pewne fragmenty lub układać je w taki sposób, żebym mógł później odtworzyć je w ciekawej, „wykładowej” formie.
Dzisiaj widzę, że to również był rodzaj hipnozy.
Nie złej.
Po prostu bardzo silnej.
I właśnie dlatego coraz bardziej uczę się korzystać z wiedzy świadomie.
Bez potrzeby ciągłego tłumaczenia wszystkiego.
Bez potrzeby nieustannego prowadzenia wykładu we własnej głowie.
Czasami największa świadomość nie potrzebuje już komentarza.
Hipnoza wojownika
Kolejna bardzo silna hipnoza mojej tożsamości to wojownik.
Czuję wojownika bardzo mocno w sobie.
Aktywuje się szybko.
Działa intensywnie.
Jest skuteczny.
Wojownik się nie poddaje.
Walczy.
Realizuje cele.
Przechodzi przez cierpienie.
Przechodzi przez ból.
Dowozi rzeczy do końca.
Ale co ciekawe — ten wojownik działał właściwie we wszystkich obszarach mojego życia.
Wojownik świetnie organizuje.
Wojownik planuje logistykę.
Wojownik chroni innych.
Wojownik gotuje.
Wojownik przeprowadza projekty.
Wojownik utrzymuje dyscyplinę.
Przez wiele lat bardzo lubiłem tę część siebie.
Bo pomogła mi przejść przez naprawdę trudne doświadczenia.
Pomogła przetrwać.
Pomogła nie załamać się wtedy, kiedy życie prowadziło mnie przez bardzo trudne przestrzenie.
Ale dziś coraz wyraźniej widzę również cenę tego mechanizmu.
Hipnoza wojownika utrudnia prawdziwe zanurzenie się w byciu.
Ponieważ wojownik bardzo często nie potrafi po prostu być.
On musi:
działać,
przekraczać,
pokonywać,
osiągać,
wygrywać,
realizować kolejne cele.
Wojownik cały czas jest gotowy.
Cały czas napięty.
Cały czas przygotowany do kolejnego etapu walki.
I właśnie dlatego coraz bardziej odkrywam, że prawdziwe życie nie zawsze wymaga walki.
Nie wszystko trzeba pokonywać.
Nie wszystko trzeba zdobywać.
Nie wszystko trzeba wygrywać.
Czasami życie chce być po prostu przeżyte.
A wojownik bardzo często nie rozumie takiego języka.
Dla wojownika zatrzymanie bywa podejrzane.
Cisza bywa zagrożeniem.
Odpuszczenie bywa porażką.
I właśnie dlatego ta hipnoza jest tak głęboka.
Bo przez wiele lat była dla mnie tożsamością.
Byłem z niej dumny.
A dziś coraz bardziej uczę się, że można żyć również bez ciągłego napięcia walki.
Można działać bez wojny.
Można być skutecznym bez cierpienia.
Można być silnym bez nieustannego udowadniania swojej siły.
Hipnoza komika
Inna moja hipnoza była związana z rolą komika.
Stand-upera.
Showmana.
To również bardzo ciekawy mechanizm.
Istota stojąca na scenie.
W świetle reflektorów.
Tworząca żarty.
Groteskę.
Przekształcająca rzeczywistość w humorystyczne przedstawienie.
Z jednej strony dawało mi to ogromną przyjemność.
Ale z drugiej strony widzę dziś, że bardzo często służyło również czemuś innemu.
Rozładowywaniu napięcia.
Uciekaniu od głębszego kontaktu z emocjami.
Zabawianiu innych.
Tworzeniu energii wokół siebie.
Przez długi czas była to jedna z moich aktywnych hipnoz.
Mechanizm, który zamieniał niemal wszystko w żart, komentarz albo groteskę.
I oczywiście humor sam w sobie nie jest niczym złym.
Wręcz przeciwnie.
Poczucie humoru bywa ogromnym darem.
Pomaga przechodzić przez trudne doświadczenia.
Pomaga odzyskiwać dystans.
Pomaga rozluźniać napięcie.
Ale z czasem zacząłem widzieć, że również humor może stać się mechanizmem transowym.
Mechanizmem ucieczki.
Mechanizmem nieustannego rozładowywania napięcia poprzez tworzenie show.
I właśnie dlatego dzisiaj praktycznie już nie jestem tą hipnozą.
A jeśli ten mechanizm się pojawia, korzystam z niego świadomie.
Nie dlatego, że muszę.
Ale dlatego, że mogę.
To ogromna różnica.
Bo wcześniej ten program bardzo często działał automatycznie.
Dzisiaj coraz częściej staje się po prostu jednym z narzędzi ekspresji.
Nie więzieniem.
Nie koniecznością.
Nie tożsamością.
Hipnoza ofiary
Wieloletnia praca coachingowa, nauczycielska, mentorska i menadżerska pozwoliła mi spotkać się z ogromną ilością różnych struktur hipnotycznych.
Co ciekawe — przez wiele lat część z nich wydawała mi się po prostu naturalną osobowością ludzi.
Ich trwałą tożsamością.
Czymś niezmiennym.
Dzisiaj widzę to inaczej.
Widzę, że bardzo często były to właśnie głębokie programy hipnotyczne.
Jednym z najmocniejszych przykładów są programy ofiary.
To niezwykle silne struktury, które utrzymują ludzi w określonym sposobie przeżywania rzeczywistości.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ofiara jest wyłącznie kimś krzywdzonym.
Kimś zależnym.
Kimś słabszym.
Ale z czasem zacząłem dostrzegać coś znacznie bardziej złożonego.
Program ofiary bardzo często posiada również ogromny potencjał kontroli.
Ofiary potrafią:
narzucać swoją wolę,
emocjonalnie szantażować,
wymuszać uwagę,
uzależniać innych od poczucia winy,
utrzymywać relacje poprzez cierpienie.
I właśnie dlatego programy ofiary są tak trudne do zobaczenia.
Ponieważ często ukrywają się pod płaszczem moralnej słuszności albo społecznego współczucia.
Co więcej — te mechanizmy występują praktycznie wszędzie.
W relacjach prywatnych.
W rodzinach.
W organizacjach.
W życiu zawodowym.
W polityce.
W dyplomacji.
W konfliktach międzynarodowych.
W kulturze.
W społeczeństwie.
Coraz bardziej mam poczucie, że programy ofiary są jednymi z podstawowych struktur starego świata.
Świata opartego na:
winie,
cierpieniu,
roszczeniach,
zemście,
potrzebie wskazania oprawcy,
nieustannym podtrzymywaniu konfliktu.
Programy ofiary bardzo często łączą się również z roszczeniami.
Z potrzebą wyrównania rachunków.
Z pragnieniem rekompensaty.
Z walką o odszkodowania.
Z potrzebą ukarania tych, którzy wyrządzili krzywdę.
I bardzo często te struktury zaczynają przyjmować formę zemsty lub wieloletniej wendety.
Niektórzy powiedzieliby nawet, że takie programy powielają się karmicznie.
Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest.
Ale widzę jedno:
dopóki człowiek ich nie zobaczy, bardzo trudno jest z nich wyjść.
I być może właśnie dlatego nowa świadomość nie może być oparta na programie ofiary.
Nie dlatego, że neguje cierpienie człowieka.
Ale dlatego, że prowadzi do odzyskiwania sprawczości i świadomości.
Nowy świat — jeśli naprawdę ma powstać — nie może być światem budowanym wokół hipnozy cierpienia.
Musi być światem ludzi wolnych.
Hipnoza akceptacji
Innym niezwykle powszechnym programem społecznym jest poszukiwanie samoakceptacji poprzez innych ludzi.
To jedna z najbardziej rozpowszechnionych hipnoz współczesnego świata.
Mechanizm wygląda bardzo niewinnie.
Człowiek tworzy.
Pisze.
Buduje.
Pracuje.
Maluje.
Publikuje.
Rozwija się.
Ale głęboko pod tym wszystkim często ukryte jest jedno pytanie:
„Czy teraz mnie zaakceptują?”
I właśnie wtedy własna wartość zaczyna zależeć od reakcji otoczenia.
Od uznania.
Od pochwały.
Od liczby odbiorców.
Od aprobaty społecznej.
W praktyce człowiek przestaje tworzyć dla siebie.
Przestaje tworzyć z potrzeby wyrażenia siebie.
Zaczyna tworzyć po to, żeby uzyskać potwierdzenie własnej wartości.
A problem polega na tym, że droga do samoakceptacji poprzez akceptację innych ludzi nigdy nie prowadzi do końca.
Ponieważ ten głód nie może zostać trwale nasycony z zewnątrz.
I właśnie dlatego tak wiele osób nieustannie wraca do sytuacji:
bólu,
odrzucenia,
krytyki,
cierpienia,
emocjonalnego uzależnienia od opinii innych.
Co ciekawe, ten mechanizm bardzo często łączy się bezpośrednio z programem ofiary.
I wtedy człowiek zaczyna funkcjonować w zamkniętym obiegu:
poszukiwania akceptacji,
cierpienia,
poczucia odrzucenia,
walki o uznanie,
powrotu do bólu,
a następnie ponownego poszukiwania potwierdzenia siebie na zewnątrz.
To jedna z najbardziej powszechnych hipnoz współczesnej rzeczywistości.
I być może właśnie dlatego tak ważna staje się umiejętność pozostania przy sobie.
Tworzenia nie po to, żeby zostać zaakceptowanym.
Ale dlatego, że coś naprawdę chce zostać wyrażone.
Hipnoza przetrwania
Ważną rolę — szczególnie w funkcjonowaniu naszej polskiej społeczności — odgrywają również hipnotyczne programy przetrwania.
Mam poczucie, że zostały one bardzo głęboko utrwalone przez naszą historię:
wojny,
zabory,
utratę suwerenności,
biedę,
traumy pokoleniowe,
ciągłą niepewność istnienia.
W efekcie ogromna część naszego zbiorowego funkcjonowania została oparta na przygotowywaniu się do przetrwania.
Na byciu gotowym na trudność.
Na przewidywaniu zagrożenia.
Na zabezpieczaniu się przed przyszłością.
I oczywiście — kiedy patrzy się na historię Polski — można zrozumieć, skąd to się wzięło.
Ale jednocześnie coraz bardziej widzę, że wiele z tych mechanizmów działa dziś już automatycznie.
Hipnotycznie.
Przygotowujemy się na nieszczęścia.
Na kryzysy.
Na biedę.
Na głód.
Na trudne czasy.
Gromadzimy rzeczy.
Robimy zapasy.
Kupujemy nadmiarowo.
Tworzymy systemy zabezpieczeń.
Przygotowujemy święta z ogromnym wyprzedzeniem.
Martwimy się „na zapas”.
I bardzo często nawet nie zauważamy, że żyjemy w ciągłym napięciu przygotowania.
Jakby życie miało wydarzyć się później.
Po zabezpieczeniu.
Po przygotowaniu.
Po przetrwaniu kolejnego zagrożenia.
A przecież właśnie wtedy bardzo trudno doświadczać:
radości istnienia,
prostoty życia,
obecności,
lekkości bycia tu i teraz.
To niezwykle subtelna hipnoza.
Bo często społecznie uznawana jest za rozsądek.
A czasami pod tym rozsądkiem ukryty jest wielopokoleniowy lęk przed utratą bezpieczeństwa.
Hipnoza seksualności
Coraz bardziej widzę również, że programy i struktury hipnotyczne bardzo często determinują seksualność człowieka.
Dotyczy to zarówno mężczyzn, jak i kobiet.
Tworzą określone modele relacji.
Powtarzalne schematy emocjonalne.
Sposoby przeżywania bliskości.
Mechanizmy pożądania.
A czasami również określone formy cierpienia, zależności lub kompulsji.
Bardzo często człowiek zatrzymuje się na pewnym poziomie doświadczeń i zaczyna nieświadomie powielać ten sam schemat.
Te same emocje.
Ten sam rodzaj napięcia.
Ten sam typ relacji.
Ten sam rodzaj pobudzenia.
Ten sam mechanizm przyciągania.
I co ciekawe — czasami nawet wtedy, gdy przestaje już doświadczać w tym prawdziwej radości.
Coraz bardziej mam poczucie, że również seksualność bardzo często funkcjonuje w stanie transu.
Nieświadomego powtarzania.
Automatyzmu.
Przywiązania do określonych bodźców, emocji i doświadczeń.
Czasami hipnoza prowadzi człowieka w kierunku różnych form cierpienia, uzależnienia emocjonalnego lub coraz silniejszego pobudzenia.
Nie chcę tutaj nikomu mówić, jak powinien żyć seksualnie.
To nie jest celem tego tekstu.
Mam jednak jedną prostą sugestię.
Spójrz na swoją seksualność spokojnie i uczciwie.
Zobacz:
czy istnieją w niej rzeczy, które bez przerwy się powtarzają,
czy są tam mechanizmy, które utraciły sens,
czy są tam doświadczenia, które nie przynoszą już radości,
czy istnieją wzorce, które prowadzą bardziej do cierpienia niż do prawdziwej bliskości i życia.
Nie oceniaj tego od razu.
Po prostu zobacz.
Wpuść tam świadomość.
Być może właśnie to zacznie coś zmieniać.
Bo trans bardzo często jest obecny również w tej sferze życia.
A świadomość — jak się okazuje — potrafi powoli rozpuszczać nawet bardzo stare hipnozy.
Niektórzy badacze psychologii, uzależnień oraz mechanizmów pobudzenia zwracają również uwagę, że pornografia bardzo często opiera się na mechanizmie transowym.
Na powtarzalnym pobudzeniu.
Na zawężeniu świadomości.
Na automatycznym podążaniu za bodźcem.
Na chwilowym wyłączeniu głębszej obecności.
W takim stanie człowiek bardzo często przestaje naprawdę doświadczać siebie, własnego ciała, emocji czy relacji.
Zaczyna natomiast podążać za ciągiem:
bodziec → pobudzenie → napięcie → rozładowanie → chwilowa ulga → ponowne poszukiwanie bodźca.
I właśnie dlatego wiele osób opisuje doświadczenie pornografii bardziej jako rodzaj transu lub kompulsji niż świadomego przeżywania seksualności.
Nie chodzi tutaj o moralną ocenę.
Chodzi raczej o pytanie:
na ile jestem obecny,
świadomy
i naprawdę żywy w tym, czego doświadczam?
Bo być może właśnie to pytanie jest ważniejsze niż same ideologie dotyczące seksualności.
Hipnoza drużyny
Równie ciekawym przykładem są różnego rodzaju hipnozy drużynowe i sportowe.
Sam przez wiele lat bardzo mocno doświadczałem tego, co dziś nazywam „hipnozą Legii”.
Nie przestałem kibicować Legia Warszawa.
Ale przestałem być całkowicie zanurzony w transie tej struktury.
I właśnie to jest dla mnie bardzo ważne rozróżnienie.
Świadomość nie musi oznaczać odrzucenia wszystkiego.
Nie chodzi o to, żeby przestać uczestniczyć w życiu.
Nie chodzi o to, żeby zniszczyć emocje.
Nie chodzi o to, żeby odciąć się od pasji czy zainteresowań.
Różnica polega na obecności.
Na tym, że zaczynam widzieć:
co się ze mną dzieje,
jak działa dana struktura,
jak wpływa na moje emocje,
na moje decyzje,
na mój czas,
na moje ciało,
na moją uwagę.
I właśnie wtedy możliwe staje się przekraczanie hipnozy.
Nie przez walkę z nią.
Ale przez świadomość.
Przez wiele lat moje życie było częściowo podporządkowane rytmowi funkcjonowania klubu.
Żyłem od meczu do meczu.
Od niedzieli do środy.
Od ligi do pucharów.
Od informacji do kolejnych informacji.
Cały czas śledziłem wiadomości.
Analizowałem sytuację.
Przeżywałem wyniki.
Emocjonalnie uczestniczyłem w tym świecie.
Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej.
Nie odrzuciłem tego.
Ale przestałem być przez to przejmowany.
I właśnie to wydaje mi się bardzo ważne.
Bo świadomość nie musi oznaczać ascetycznego odcięcia od życia.
Można uczestniczyć.
Można kibicować.
Można doświadczać emocji.
Ale jednocześnie można widzieć, kiedy struktura zaczyna przejmować kontrolę nad świadomością.
I być może właśnie o to chodzi w całym tym procesie.
Nie o zniszczenie hipnoz.
Ale o odzyskanie wolności wobec nich.
Świadomość zamiast walki
Przejście przez ten etap, przez ten próg, nie powoduje nagle zniknięcia wszystkich programów działających w strukturach hipnotycznych.
To nie wygląda w ten sposób, że umysł zostaje całkowicie wyczyszczony z wszelkich dawnych zapisów, reakcji czy mechanizmów.
Różnica polega na czymś znacznie ważniejszym.
Na uwolnieniu się od ich dyktatury.
Od sytuacji, w której to one tworzą naszą rzeczywistość i przejmują sterowanie naszym życiem poza świadomą obecnością.
W pewnym momencie zaczynamy po prostu widzieć te struktury.
Rozpoznawać je.
Rozumieć ich działanie.
Czuć moment ich uruchamiania.
Obserwować ich wpływ na emocje, ciało, percepcję i decyzje.
I właśnie wtedy pojawia się coś nowego.
Możliwość świadomego wyboru.
Możliwość zdecydowania:
czy zgadzamy się na działanie danego programu,
czy chcemy za nim podążyć,
czy jest on jeszcze zgodny z nami,
czy nadal jest użyteczny,
czy może był jedynie dawnym mechanizmem przetrwania.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Ponieważ celem nie jest całkowite zniszczenie wszystkich programów.
Część z nich pozostanie elementem funkcjonowania człowieka.
Niektóre struktury będą nadal obecne.
Niektóre automatyzmy nadal będą działały.
Ale przestają być więzieniem.
Przestają działać z poziomu nieświadomego transu.
I właśnie tutaj pojawia się prawdziwa wolność.
Nie jako brak struktur.
Ale jako brak zniewolenia przez struktury.
Jeśli mamy taką potrzebę, możemy nadal korzystać z określonych programów, schematów czy mechanizmów działania.
Różnica polega na tym, że robimy to świadomie.
Nie dlatego, że zostaliśmy automatycznie wciągnięci w trans.
Ale dlatego, że świadomie wybieramy określone narzędzie, sposób działania czy reakcję.
A wtedy wybór staje się skuteczniejszy.
Bardziej precyzyjny.
Bardziej zgodny z nami.
Pomaga żyć.
Pomaga funkcjonować.
Pomaga realizować intencje.
Program może nadal istnieć.
Ale hipnotyczne zniewolenie zanika.
Świadomość odzyskuje przestrzeń wyboru.
I wtedy coraz częściej sięgamy wyłącznie po to, co naprawdę jest dla nas użyteczne, wspierające i zgodne z tym, kim stajemy się na nowo.
Hipnoza nie jest ani dobra, ani zła
I chcę powiedzieć jeszcze jedną bardzo ważną rzecz.
Nie uważam, że hipnoza jest czymś złym.
I nie uważam również, że jest czymś dobrym.
Coraz bardziej widzę ją po prostu jako zjawisko.
Jako określony stan świadomości i funkcjonowania układu nerwowego.
Stan, który istnieje.
Który ma swoje mechanizmy.
Swoje konsekwencje.
Swoje możliwości.
Swoje ograniczenia.
I właśnie dlatego warto być świadomym jego istnienia.
Hipnoza może mieć również bardzo pozytywne zastosowania.
Może pomagać uspokajać organizm.
Redukować napięcie.
Budować stany równowagi.
Pomagać w terapii.
Pomagać w pracy z bólem i cierpieniem.
Psychologia i medycyna od dawna korzystają z różnych form pracy hipnotycznej.
Także po to, by wspierać ludzi w leczeniu traum, regulacji emocji czy odzyskiwaniu kontaktu z własnym ciałem.
Dlatego nie chodzi mi o walkę z hipnozą.
Chodzi mi wyłącznie o świadomość.
O możliwość zobaczenia:
kiedy jestem obecny,
a kiedy wchodzę w automatyczny trans.
Kiedy wybieram świadomie,
a kiedy coś wybiera za mnie.
I być może właśnie to jest najważniejsze.
Nie walka.
Nie potępienie.
Nie budowanie nowej ideologii.
Ale możliwość dokonania świadomego wyboru.
No dobrze…
Chyba nareszcie się obudziłem.
Bo właśnie odkryłem, że pisząc ten artykuł, sam wszedłem w kolejną hipnozę.
Hipnozę pisarza.
Takiego, który pisałby i pisał…
i pisał jeszcze więcej…
aż całkowicie stransowałby się własnym pisaniem, analizowaniem i odkrywaniem kolejnych warstw hipnozy.
Na szczęście właśnie się budzę.
A to oznacza, że czas kończyć tę hipnozę.
Zamykam więc ten artykuł i wracam do prawdziwego życia.
Cześć! :)



































